Stołeczny Klub Tatrzański

przy Oddziale PTTK MARYMONT
00-075 Warszawa, ul. Senatorska 11

 

100 Alina 100 Wrońska 100

4 sierpnia 2026 spotkaliśmy się – od godziny piątej po południu – w gościnnym mieszkaniu Tadeusza. My = Stara Robota + kilkoro sympatyków. Na honorowym fotelu usiadła Alina Wrońska, której akurat „stuknęło” sto lat i jeden dzień. Oblicz, Czytelniku bystry, którego dnia i którego roku urodziła się Alina (wtedy Lewicka).

Prawie nikogo nie odstraszył ogromny upał. Pewną przeszkodą dla niektórych było znalezienie domu, gdzie mieszka Tadeusz, bo jest to na ulicy Meander, która zgodnie ze swoją nazwą wije się wśród innych, podobnych i zaskakuje swoją zmiennością.

Doszliśmy do wniosku, że znów możemy zaśpiewać „Sto lat” – co np. byłoby faux pas na 99. urodziny. Tej sztampowej piosenki nikt jednak nie zaintonował, a sama Jubilatka wolała coś z repertuaru Starej Roboty – przede wszystkim „Niech żyje Klub”, z występu 23 kwietnia 2003 r. Nastąpiły szczere, spontaniczne i nieco nieskoordynowane życzenia, które Alina przyjmowała z uśmiechem i mówiła, że bardzo jej nas brakowało. Do życzeń dołączyliśmy kwiaty. Bukiet był tak ciężki, że Jubilatka tylko przez chwilę go potrzymała (potem dźwigali go Mariusz i Zbyszek, którzy odwieźli Alinę do domu). Tadeusz przypomniał jeden ze szlagierów Starej Roboty, ale w takiej oto przeróbce:

Całkiem niedługo już stuknie Ci,

Alu, sto pięć lat.

I na wiele spraw życie powie „pas”.

Mniej ambitnych poszukasz tras.

Ty wiesz, że właśnie nadszedł ten wiek

Więc młodości cześć!

Dobrze się działo, gdy lat się miało

Dziewięćdziesiąt sześć.




Katarzyna (która skądinąd uparcie zaniżała średnią wieku członków Starej Roboty) przypomniała naszą inną piosenkę, ale w zmienionej wersji, dostosowanej do okoliczności:

Myślę sobie, oj szkoda, że nie jestem już młoda,

Taka myśl tłucze mi się po głowie.

Jak tu humor zachować, mieć sto lat i żartować

To Aliny nam przykład podpowie.



Istotnie – spójrzcie na zdjęcie na początku tego tekstu (fot. Tadeusz Guranowski).

Jak to na uroczystym spotkaniu towarzyskim, polał się szampan. Smaczne były sałatki, a z owoców morele. Na jedzeniu skupiliśmy się tylko na chwilę. Z napojów największe wzięcie miała herbata i… woda. Upał nie odpuszczał. Przypomnieliśmy sobie kilkanaście przebojów Starej Roboty. Jak to się mówi: „śmiechom i żartom nie było końca”.

W związku jednak z początkiem sierpnia, zmieniliśmy nastrój na poważny. Tadeusz pokazał pamiątki po dwóch swoich ciotkach, biorących udział w Powstaniu. Alina opowiedziała krótko o tym, jak była sanitariuszką w tym czasie. Zgłosiła się ochotniczo (miała 18 lat). Opowiadała, że bała się samego widoku krwi, ale „musiałam to znosić”. Dla nabrania wprawy w robieniu zastrzyków robiła je… sobie sama. W samych walkach nie brała udziału – mieszkała w Rembertowie i działała w lokalnych dwóch szpitalach. Opowiadała o zwożeniu rannych, przepełnieniu szpitali i jak miejsce po umierającym natychmiast się zapełniało kolejnym ciężko rannym.

Ojciec Aliny był pułkownikiem w wojsku Drugiej Rzeczpospolitej. Po wojnie cała rodzina miała z tego powodu wiadome kłopoty, ale to nie należy do opisu naszego spotkania. Wspomnę natomiast jeden epizod z moich górskich kontaktów z Aliną i Staszkiem. W 2006 roku spędziliśmy (w większym gronie klubowym) kilkanaście dni w Kościelisku. Z inicjatywy Staszka wykupiliśmy w biurze turystycznym „wycieczkę” na Słowację: zwiedzanie Smokowca, Łomnicy, Szczyrbskiego Plesa itd. – z wariantem: zamiast włóczenia się po miasteczkach i spaceru z Hrebienoka do Studenovodskich vodopadov wjazd na Łomicę. Staszek chciał zobaczyć Widły z góry – które kiedyś przeszedł. Wjechaliśmy. Długo stał i patrzył, Alina obok niego. Od Vidlového Sedla trudno było oderwać wzrok. O wrażeniach z tej krótkiej wycieczki mogę dłużej opowiadać, ale nie w tym miejscu. Wracam do spotkania 4 sierpnia 2026.

Wręczyliśmy Alinie drobne prezenty, a właściwie życzenia na piśmie: karta z melodyjką i dwie „laurki” . Jedna z nich była z wierszami o górach, druga przypominała, co jeszcze zdarzyło się w 1926 roku. Czy wiecie, że w tym roku urodzili się między innymi: Marylin Monroe, Andrzej Wajda, Bronisław Pawlik, Valéry Giscard d’Estaing, królowa Elżbieta II, Jan Krenz i Tadeusz Konwicki ?

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Imponowała nam pełna życia Jubilatka. Jej nastrój był tak daleki od narzekania, jak Polska od Nowej Zelandii.

Rozjechaliśmy się już około ósmej – gdyby nie było tak dużego upału, siedzielibyśmy dłużej. Może nie do północy, ale do zapadnięcia pełnego zmierzchu (a w sierpniu dni są jeszcze długie).

Umówiliśmy się na następne spotkanie, ale „kiedy będzie chłodniej”.

Michał Szurek





                  

 



















       Alina Wrońska 100           

Wybór wierszy dla Jubilatki



...więc młodości cześć!

Dobrze się działo, gdy lat się miało

Dziewięćdziesiąt sześć!

(nieco zmieniony tekst Starej Roboty)





WIERSZ DLA OSÓB 70+

Pod stromą przełęcz podchodzisz powoli.

Wierzysz, że wejdziesz – wiesz to z doświadczenia,

Bo tylko sił fizycznych brak, ci a nie woli,

A wciąż te same masz górskie pragnienia.

Już przełęcz. Zieleń, niebo. Pełnia słońca.

Na nizinach nie znajdziesz takiego błękitu.

Mogłabyś siedzieć spokojnie bez końca,

Gdyby nie było nad przełęczą

szczytu.


Michał Szurek, 2006



CZARNY STAW GĄSIENICOWY

Witam się z nim po latach długich

Tak samo piękny jak za młodości naszej

                                       chwili dla niego

koloru nie zmienił

kosówki nie przyrosły

jagodziska te same

za to widzę, że chyba

można by przejść suchą stopą

po jasnej smudze co leci

z Karbu na wyspę wprost

gdyby ktoś umiał chodzić po świetle

gdyby to umiał ktoś!

                                                          Anna Milewska, 6 VI 2003


SŁOŃCE

Dziś nam się nie chce wspinać.

Na głazie nagrzanym

Siedzimy, w błękit nieba zapatrzeni.

Obok leżą plecaki liny i czekany –

A w koło się kosówka zieleni, zieleni...


Tomasz Wasilczuk (1969)

DESZCZ

Deszczowe tatrzańskie lato,

mokra lina pod głową,

deszcz bębniąc w płótno namiotu

wplata się w naszą rozmowę,

w senną wędrówkę marzeń

wśród kosodrzewin wilgotnych,

do ścian, tych najpiękniejszych

jak niespełnione miłości

Tomasz Wasilczuk (2010 )



JASNA CHOLERA

Ktoś w domu wkłada ciepłe bambosze

I się w szlafroczek ciepły ubiera.

A ja mam buty i wszystko mokre

I idę w góry. Jasna cholera!


Ktoś do śniadanka może zasiada,

Zaspane oczy dłońmi przeciera.

A my przed stromą stajemy ścianą,

Więc się cieszymy. Jasna cholera!


Zziębnięte palce straciły czucie,

Ciało do ściany zimnej przywiera,

A hak ostatni sześć metrów niżej

I wbity w trawki!! Jasna cholera!


A gdy na szczycie wreszcie stajemy,

Wiatr resztki ciepła z ciała zabiera.

Cóż to za radość zdobywać góry!

Ile rozkoszy! Jasna cholera!


Gdy do schroniska wracamy nocą,

To tłum kolegów wokół się zbiera

I ktoś z nich pyta: „No, jak tam było?”

Wspaniale było!!! („Jasna cholera!”).


Tomasz Wasilczuk (1970 r.)





PO WSPINACZCE

Zwijamy linę

Chowamy kaski

Dzielimy się czekoladą

Zachodzącego słońca blaski

Radość

Leopold „Noe” Pieczyński (ok. 1985 r.)



KRYWAŃ

Krywaniu, Krywaniu,

Góro ponad góry.

Idą od cię chmury,

Błękit nieba, urok skał.

Pan Bóg ci przeznaczył

Tyle górskiej krasy:

Białe twe potoki,

A limbowe ciemne lasy.

Krywaniu, krzywoboki,

Znamy się od tylu lat.

Krywaniu, Krywaniu,

Góro pod błękitem! Jesteś

Naszym szczytem.

Krywaniu, Krywaniu,

Jasny potok, ciemny las.

Gdym zobaczył ciebie

Jako ośmiolatek,

Twoje skalne ściany

Dały górskich snów zadatek.

Krywaniu, zostanie

Urok twój na serca dnie!

(piosenka Starej Roboty)



Z GÓR

Znam Ducha Gór Wysokich,

co mieszka w goryczce,

a przez Zawrat potrafi przeskoczyć o tyczce,

który dłonią okrywa kosmate sasanki,

lecz ramieniem strąca taterników z wanty.

Wiele portretów jego, zawiłych, lecz trafnych,

widać na skalnych ścianach

w płaskorzeźbach strasznych.

Drżącą ręką przyrody szkicowane twarze

są przyczyną zasłabnięć

i górskich przerażeń…

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska







HAWRAŃ I MURAŃ



Litworowe doliny

czarne stawy wyśniły.

Górą jasna pogoda,

a dołem biała woda

pośród kosodrzewiny.



Wołało i śpiewało,

Zielonym wiatrem wiało.

Przyleciał biały obłok

I słońce go przebodło,

rozświeciło, rozwiało.



Zieleniło się, kwitło,

wrzało głębią błękitną,

wiosną śnieżnopuszystą,

nieuchwytną, przejrzystą,

nieprawdziwą, niezwykłą.



Przez dolinę z oddali

leśną radość wołali,

a zwabiony wołaniem

stanął Hawrań z Muraniem

jak ich dwoje na hali.



Władysław Broniewski (1937)





GUSŁA NAD ŹRÓDŁEM

Wiatr z góry przypadł, pod wodę wionął.

Na dnie poruszył śpiewne wrzeciono...

Idę nad mową niewysłowioną.

Jasną po wierzchu, spodem zieloną.



Pod mchy brodate, pod pniów wykroty.

Pod moje stopy podpływa potok.

Na koło swoje, w swoje obroty,

Chwyta, nawija moje tęsknoty.



Płynie pod słońce, wpada pod ziemię.

W skarpach cienistych płucze korzenie...

Wołam nań długim, czystym imieniem:

Źródło zaklęte, moje natchnienie!



Nigdy, do końca dni nic opowiem.

Że tutaj płyniesz, nic znajdę w słowie.

Żeś moje szczęście, żeś moje zdrowie

I białopienna brzoza w mej mowie!



Choćbym ci wszystko we mnie zaprzysiągł,

Wierność do śmierci, miłość na dzisiaj.

Choćbym przystanął, nad tobą przysiadł -

Źródło zaklęte, ty będziesz ciszą!



Chociażbym gusła czynił nad tonią.

Zaklinał wodę i sięgał po nią.

Słowa twojego nie schwytam dłonią,

Choć tak jest blisko, pluska pod skronią.



Dokądże, pokąd, po jakich stronach,

Będziesz mnie wiodła, nim cię przekonam,

Nim cię namówię, jasnozieloną…?

Niewymówiona, niewysłowiona!


Jerzy Liebert (1934)