O zespole

„Stara Robota”,

 

linki do „STAREJ ROBOTY” na YOU TUBE


klawiszem Redaktora (tj. Michała Szurka)

 

Część 1. Jak, po co i dlaczego? (oficjalnie)

Już od dawien dawna w Klubie śpiewano własne piosenki, nawiązujące do przeżyć z wyjazdów w Tatry i wiele innych gór. Przypomniałem to sobie w styczniu 2003 roku, kiedy to widać było, że przygotowywana od lat książka wspomnieniowa nie ukaże się na jubileusz 50-lecia Klubu. W pewien weekend napisałem kilka piosenek, będących, jak się później dowiedziałem od Eli Wojnowskiej, kontrafakturami. Tak nazywa się podkładanie nowych słów pod istniejące melodie. Taka twórczość ma bardzo szacowne korzenie – wyznawcy religii protestanckiej w XVI wieku potrzebowali dużej liczby nowych pieśni. Brano więc stare melodie, do których dopasowywano słowa.

 

Pomysł uczczenia jubileuszu Klubu podchwyciła grupka  osób: Basia Kaczarowska, Elżbieta Wojnowska, Irena Kozłowska,  Marcin Kuczma i Tadeusz Guranowski. Zespół nazwał się „Baranie Rogi”. Późniejsza nazwa „Stara Robota”, zgłaszana przez Basię, nie znalazła wtedy uznania. Po stosownych próbach występ odbył się w dniu jubileuszu Klubu, w „Resursie” przy Krakowskim Przedmieściu.  Wszyscy byli już w odpowiednim nastroju do świętowania, po części oficjalnej i po kiełbaskach z piwem, i dlatego występ przyjęty był bardzo dobrze.

 

występ zespołu „BARANIE ROGI”  podczas jubileuszu 50-lecia Klubu

w maju 2003 r.

 

Basia Kaczarowska

Tadeusz Guranowski

Irena Kozłowska

Marcin Kuczma

Elżbieta Wojnowska

 

Plany powtórzenia występu nie udały się.  Najpierw były wakacje, potem „jakoś tak” nie udało nam się zejść, potem Tadeusz wyjechał za granicę. I dopiero po czterech latach udało się wrócić do idei „pośpiewajmy sobie razem”. Występy, owszem, dobra rzecz, ale po prostu spotykajmy się i śpiewajmy sobie razem. A jeżeli ktoś inny będzie chciał tego słuchać, to nie zabraniamy.  I tak zespół powiększył się do granic swoich możliwości – głównie chodzi o trudności logistyczne z dopasowaniem czasu wszystkich osób.  W 2008 roku zespół tworzyły poprzednio wymienione osoby plus Krzysztof Tomaszewski („Bończa”) i Krzysztof Romanowski.  Wkrótce doszli Alina Wrońska, Ewa Chałasińska, Krystyna Dolebska, Krystyna Krasińska, Maria Grochowalska, Marek Fijałkowski i Wojciech Wojtyński. Ubyli (w różnym czasie i z róznych przyczyn).: Marcin, obaj Krzysztofowie, Ela i Marek. W 2011 roku próbował swoich sił w zespole Piotr Lutyk. Przez cały czas wspierała nas duchowo prezes klubu  Elżbieta Jaworska, a muzycznie także (niestety, nie w sposób ciągły) Krystyna Stańczak-Pałyga.

 

 

 


„STARA ROBOTA” występ z grudnia 2008 r.

 

 

 

Krzysztof Tomaszewski

Maria Grochowalska

Krystyna Stańczak-Pałyga

Krystyna Krasińska

Ewa Chałasińska

Alina Wrońska

Krzysztof Romanowski

Marek Fijałkowski

Wojciech Wojtyński

Piotr Lutyk

 

 

 

 

 

Krystyna Dolebska

 

 

 

 



 

W 2010 roku zespół, który do nazwy „Stara Robota” dopisał sobie jeszcze barokowo brzmiącą preambułę „Swobodne Towarzystwo Śpiewacze”, czyli w skrócie STŚ, wystąpił specjalnie dla zaprzyjaźnionego klubu Sępik z Gorzowa Wielkopolskiego, następnie w SKT, następnie na XXX Zlocie Klubów Górskich, który w 2010 roku organizował właśnie nasz Klub.

 


Występ ”STAREJ ROBOTY” dla  klubu Sępik z Gorzowa Wielkopolskiego w maju 2010 r.

 

 W 2011 roku Zespół wystąpił jeszcze, z miernym sukcesem, w kawiarni w Łomiankach.  Ale, jak to ujął ś.p. Krzysztof Tomaszewski („Bończa”) życzymy zawsze słuchaczom, żeby przy słuchaniu mieli choć część takiej frajdy, jaką ma zespół na próbach. Bo są, na pewno są, większe przyjemności, niż wspólne śpiewanie  z przyjaciółmi – ale nie ma ich, to znaczy tych większych przyjemności, za wiele. Jak na razie, najlepiej udał się nam występ w Klubie Podróżnika 25 listopada 2011 r.

 


POŁUDNIK „0”  -       występ w Klubie Podróżnika 25 listopada 2011 r.

 

 

Teksty pewnej liczby piosenek repertuaru Starej Roboty są hermetyczne, to znaczy będą zrozumiałe tylko w wąskim gronie osób. Staramy się, żeby takich piosenek nie było za dużo. Niech przeważają teksty, które są ogólnie zrozumiałe dla każdego turysty górskiego. I tak nam trzymać!

 

2. Jak, po co i dlaczego? (od duszy)

Pytanie, po co się chodzi po górach, jest chyba tak stare, jak problem pierwszeństwa kury i jajka. Jedni trąbią, że dlatego, że góry po prostu są. Tak wypowiedział się nawet prawdopodobnie pierwszy zdobywca Everestu, George Mallory (który zginął w masywie Everestu w czerwcu 1924 r.). Odpowiedź efektowna, ale mało kogo satysfakcjonuje. Narkotyki też są.  Inni odpowiadają dumnie: „żeby sprawdzić samego siebie!” Ci są chyba zakompleksieni i mają niskie poczucie własnej wartości, może na tle seksualnym? Inni jeszcze kochają góry tak, jak oszczepnik swój oszczep, piłkarz piłkę, a gimnastyk konia z łękami. To po prostu sport, tyle tylko, że  bieżnia jest pod górkę. Inni wołają, że w górach obcują z absolutem, cokolwiek to znaczy. Mariusz Zaruski prowadzał młodzież w góry, żeby dbać o tężyznę fizyczną tych, którzy najpierw będą walczyć o Polskę, a potem będą ją budować. Mieczysławowi Karłowiczowi góry grały i podpowiadały tematy do dzieł. Kornelowi Makuszyńskiemu, nałogowemu brydżyście, pod Giewontem po prostu karta szła.  A tysiącom turystów, odwiedzającym codziennie w sezonie Morskie Oko, po prostu tam najlepiej smakuje piwo. Zresztą i Jan Długosz na pytanie natrętnego dziennikarza o motywy taternictwa odpowiedział: „bo ja, proszę pana, cholernie lubię herbatę!”. Dziennikarz był mało inteligentny i zapytał, co ma jedno z drugim wspólnego. „A bo wie pan”, wyjaśnił Palant (przypominam i wyjaśniam, że tak nazywano zmarłego na Kościelcu Jana Długosza), „jak się tak cały dzień powspinam, spędzę noc na biwaku w ścianie i o świcie ugotujemy sobie z partnerem herbatę, to ona naprawdę smakuje! Chce pan spróbować?” Dziennikarz oczywiście uciekł w popłochu.

Ale jest i ważniejsze pytanie. Co nam zostaje, jaką „wartość dodaną” dają nam góry? Jeśliby niczego takiego nie dawały, to zdobywanie ich – nawet najbardziej po cepersku -  byłoby właśnie bez sensu. Nad tym pytaniem należy się zastanawiać. Ale to każdy sobie. Proszę przemyśleć i zakomunikować mi, że już wiemy. Nie, nie wkraczam w niczyją prywatność. Nie interesuje mnie sama odpowiedź, a tylko to, czy zastanowiliśmy się nad pytaniem.

 A co mnie, autorowi, dały? Bardzo wiele. Na przykład te kilkadziesiąt, chyba już blisko sto, tekstów, o których niektórzy powiadają, że nadają się do wspólnego śpiewania. Czy to nie mała „wartość dodana”? A to tylko część. Ale o tym sza. Innym razem.

 

Quasinaukowa quasisamoanaliza.

Przejrzałem zatem własne teksty i spróbowałem je zanalizować. Co da się z nich wyczytać? Jest to o tyle możliwe, że  po kilku latach tekst już staje się obcy nawet dla autora. Nie całkiem obcy, ale właśnie zyskujemy podwójny ogląd – uchem odbiorcy i okiem autora. Można się podjąć analizy. Całkiem ciekawa była to praca.

Niewielką część tekstów tworzą tłumaczenia. Tekst ma być wtedy jak najbliższy oryginału, w doborze słów i myśli. Nie zważałem na to, że tłumaczeń dokonywali już zawodowcy. Chciałem mieć własne. Wśród tych, które się udały, są następujące dwa:

 

Wierszina (Wysocki)

Tu już nie równina, tu klimat nie ten,

A wiele tu zdoła zakłócić ci sen.

I lawin kamiennych przeciągły dochodzi cię huk.

I można pójść w bok, ułatwić krok,

Lecz my wybieramy trudny stok,

Zdradliwy, jak na wojnie bywa wróg.

I można pójść w bok, ułatwić (swój krok,

Lecz my wybieramy trudny stok,

Zdradliwy, jak na wojnie bywa wróg.

 

Bez gór i przepaści, bez lodu i skał,

Ty siebie sam nie będziesz znał,

Choć w błogim już szczęściu się dawniej pławiłeś po czub.

Nie spotkasz w dole, by nie wiem, co,

Przez swoich lat szczęśliwych sto,

Ułamka piękna, co masz je w górach u stóp.

Nie spotkasz w dole, by nie wiem, co,

Przez swoich lat szczęśliwych sto,

Ułamka piękna, co masz je w górach u stóp.

 

W przepastnych tych ścianach nie czekaj na cud,

Bo niebezpieczeństwa i tak masz tu w bród,

I dobrze już wiesz, że te skały są kruche jak lód...

Nad tobą nikt nie czuwa tak,

Jak mocny partner i wbity hak,

I wiara, że nigdy w skale nie omsknie się but.

Nad tobą nikt nie czuwa tak,

Jak mocny partner i wbity hak,

I wiara, że nigdy w skale nie omsknie się but.

 

I drżą nam kolana, tu siła i spryt.

Rąbiemy czekanem tak drogę na szczyt,

A serce po prostu do góry aż z piersi się rwie.

Świat cały na dłoni, jak w pięknym masz śnie -

Lecz zazdrość już drąży cię w sercu na dnie

Że ktoś na wierzchołek doliną dopiero się pnie.

               Świat cały na dłoni, jak w pięknym masz śnie -

               I zazdrość już drąży cię w sercu na dnie

               Że ktoś na wierzchołek doliną dopiero się pnie…

 

 

 

Noczi płatje biełoje

Jasna noc spowiła w śnie

Ostrą grań i gładki lód.

Ja na zachód patrzę, gdzie

Lśni księżyca pół,

 

Gdzie w obłokach białych chmur,

Rodzi się ten srebrny cud,

Gdzie z uśpionych szczytów gór

Gwiazdy patrzą w dół!

 Tu pod śniegiem jeszcze śpi

  Nieprzebyty nigdy szlak.

 Tyle czasu na ten świt

  Czekał każdy z nas!

 

Dziś wchodzimy na sam szczyt -

I chłopców budzić wkrótce czas,

Ale ja nie mogę spać,

Tak mi ciebie brak!

 

Gwiazdy patrzą, dziwią się,

Że z tęsknoty nie śpisz też,

I że smutno ci i źle,

Że nie zaśniesz, wiesz!

 

Skarżysz się cichutko, że

Spokojnie zasnąć umiesz już,

Tylko wtedy, kiedy mnie

Czujesz blisko tuż!

 

A wokół nas dziewiczy śnieg

I nieprzebyty jeszcze szlak,

Na tę chwilę długi wiek

Czekał każdy z nas!

 

Szczyt wyłania się zza chmur

Nasz wierzchołek jest tuż-tuż!

Gdy do ciebie wrócę z gór,

          Zaśniesz przy mnie już!

 

 

 

Znawca zauważy, że tłumaczenie pierwsze, tj. piosenki  Wierszina  jest niepełne. Brak kilku zwrotek. Przyczyną jest to, że są mi one obce „ideologicznie”. Idąc za rosyjskim stylem zdobywania gór, Wysocki widzi w górach przeciwnika, z którym się walczy, jak z wrogiem na wojnie. Nie byłem nigdy alpinistą, ale taki sposób widzenia jest mi obcy. Do gór żywię pozytywne uczucie, nie chcę nadużywać słowa „kocham”, ale są mi po prostu bliskie.

Na temat interpretacji słów drugiej piosenki, przywiezionej około 1970 roku z Kaukazu,  kłóciłem się ostro z jej wykonawcą klubowym, choć rzecz poszła tylko o jedną linijkę, przedostatnią. Dla mnie rosyjski tekst było opowieścią alpinisty, który śpi pod szczytem, o którego zdobyciu marzył od lat ... i jednocześnie marzy o ukochanej. Nie ma konfliktu między tymi marzeniami. Wróci z gór do niej, być może już nie pójdzie w wysokie góry, ale to nie jest już tak ważne. Ważna jest ta ukochana. Tymczasem wykonawca wyszydził taki punkt widzenia. „Ja miałem wiele kobiet, ale góry były zawsze ważniejsze i nigdy nie chciałem z nich wracać do kogoś”. Zagroził, że takiego tekstu nie zaśpiewa. Zmieniłem więc na „Już niedługo wrócę z gór”, co wykonawca jeszcze udramatyzował na „Jeśli cało wrócę z gór” i udźwięczniając (jak to na Śląsku) „ś” , tak zaśpiewał.  

            Wracam do samoanalizy. Kilkanaście tekstów powstało jako naśladowanie oryginału, byle było inaczej, tak samo dowcipnie, lecz o górach. Do przekazania jakichś głębszych treści nie pretendują. Przytaczam dwa; oparte na tekstach Jeremiego Przybory do muzyki Jerzego Wasowskiego („Starsi Panowie”).

 

Jeżeli łoić, jeżeli łoić, jeżeli łoić,

jeżeli łoić, to nie indywidualnie.

Jeżeli łoić, to tylko we dwóch!

Czy się łagodnie wspinasz czy już ekstremalnie,

niech żywy partner towarzyszy ci, nie duch!

 

Bo łojantom samotnym coś się we łbie zmienia,

Źle funkcjonuje w mózgu jakiś zwój.

Ty na swą miarę skrój partnera do łojenia!

Z nim w góry pruj – i z mozołem z nim łój.

I społem i z mozołem z nim pruj – i łój.

 

Bo kiedy spadniesz na piargi w południe

łojancie głupi, łojancie solowy ­–

To po dolinie coś tylko zadudni

I góry … masz z głowy.

 

Jeżeli łoić, jeżeli łoić, jeżeli łoić...,

to nie solowo, na to nie ma zezwolenia.

W samotny z górą nie puszczaj się bój!

Ty na swą miarę skrój partnera do łojenia!

Z nim w góry pruj – i z mozołem z nim łój.

I społem i z mozołem z nim pruj – i łój.

 

Sam jeden w bój, jak zbój, ty z górą iść nie próbuj.

Lecz gdy ją łoi bogaty twój wuj –

Swe szczęście kuj i nie krzycz „stój, wuju”,

I losu nie psuj; mów: „wuju mój, łój”.        

I nie psuj, kuj, i nie krzycz „stój” lecz wołaj: „Łój, wuj!”

I nie psuj, kuj, i nie krzycz „stój” lecz wołaj: „Łój, wuj!”

Wuj! Łój!

 

 

 

Tango Karb

Już, gdy podchodzę na Mały Kościelec,

To rozkosz wielką przeczuwam w mym ciele.

Lecz nim to ciało stanie na przełęczy,

To jęczy się i męczy; lecz dusza jest w tęczy!

 

A kiedy błękit jest już nad górami,

To z mojej duszy wypełza dynamit.

I nad Gąsienicowymi Stawami

Płyną natchnione, pełne szczęścia, słowa me:

Karbie, skarbie, lubię leżeć na twym skalnym garbie.

W skale, stale!

Wcale ja nie muszę w miękkim żyć!

Ech, granit, z grani,

Niechaj ciało me omdlałe rani !

Kłucie w bucie, chucie – ja zwalczę

by na Tobie, Karbie, być!

 

A kiedy schodzę już do Zielonego,

Odwracam oczy  i patrzę na Niego.

Choć ciało zeszło przecież już z przełęczy,

To dusza się mi męczy i  tylko tak jęczy:

Ach, czemuż niebo pokryte chmurami,

Za chwilę w sercu wybuchnie dynamit.

Więc nad Gąsienicowymi Stawami

Dusza mi śpiewa cicho,  cicho słowa

Karbie, skarbie … itd.

 

 

Ale tekst o Karbie nie jest tylko naśladowaniem „Kiedy ujrzałam go w knajpie Pod Knotem”. Jest w nim nawiązanie do niesamowitego uroku tej przecież łatwiutkiej wycieczki tatrzańskiej. Być może patrzę na nią oczami mojej wtedy 12-letniej córki, która na Małym Kościelcu oświadczyła, że nigdy w życiu nie myślała, że zobaczy coś równie pięknego. Zresztą, tym się dostroiła i do moich wrażeń, jakie miałem w tym szczęśliwym wieku.

I tu przechodzimy do zasadniczego typu tekstów, moich tekstów, jakie „napisały mi się”.  Przy powtórnym czytaniu przypomniało mi się to dobrze. Są to teksty nawiązujące do konkretnego zdarzenia, do konkretnej sytuacji, wrażenia, ulotnej chwili. Nie musi to być chwila ważna, zdarzenie dramatyczne a przygoda niesamowita. Nie. Wręcz przeciwnie. Im drobniejsza, tym lepsza.  Przykład pierwszy jest niemal dosłownym opisem… zbitki dwóch podobnych momentów. Wiedzieliśmy, że to nasz ostatni dzień w górach. Ze Staszkiem chodziliśmy po Tatrach i Gorcach razem od dzieciństwa. Teraz przeczuwaliśmy, jak wiele zmieni się w naszym życiu w nadchodzącym roku.  Już weszliśmy w dorosłość. Pogoda, która do południa była piękna, teraz zaczęła się psuć. Schodziliśmy żlebem Kulczyńskiego. Za nami była Orla Perć od Krzyżnego, z podejściem z Zakopanego. Kondycja znakomita. Żal, okropny żal, że trzeba wyjeżdżać. Mieliśmy jakieś resztki jedzenia, piliśmy dużo wody ze źródełek. Czarny Staw był „pod stopami”, stamtąd już blisko do domu.

         I już nie poszedłem z tym przyjacielem w góry. Druga część tekstu to tylko marzenie. Tekst ma i inny „podtekst”. Opowiada o moim bracie, Adamie. Ale o tym nie napiszę.

 

 

Stromym żlebem,

Stromym żlebem,

Schodziliśmy, przyjacielu, w końcu dnia.

 Stromym żlebem,

Stromym żlebem,

Podchodziła ku nam z dołu mokra mgła.

Ciemnym chlebem,

Ciemnym chlebem,

Dzieliliśmy się, jak bracia pół na pół.

Stromym żlebem,

Ciemnym żlebem,

Ścieżka nas w nieznaną przyszłość wiodła w dół.

 

Stromym żlebem,

Stromym żlebem,

Popatrz, jaki to upłynął czasu szmat!

 Jasnym niebem, ciemnym niebem,

Tak na zmianę bywał dla nas cały świat.

 

Zwykłym chlebem,

Zwykłym chlebem,

Podzielimy dzisiaj się jak z bratem brat.

Stromym żlebem,

Naszym żlebem,

Podejdziemy razem jak za dawnych lat.

Stromym żlebem,

Naszym żlebem,

Podejdziemy razem jak za dawnych lat.

 

 

 

Krótka jest historia powstawania tego tekstu. Z Elą i Basią szliśmy w 2010 roku z Kir na Halę Ornak. Trochę mżyło. „A jest taka melodia białoruska Biełym sniegom – może byś „pod nią”  ułożył słowa dla nas?” zapytała Ela. „Proszę bardzo”, odrzekłem … i na Hali Ornak piosenka była gotowa. 

         Piosenka „w dolinie Rohackiej” to też najprawdziwsza prawda. Cisza gór, łamiący ją świstak, leżący w trawie kamień. Wracałem doliną Spaloną do Rohackich Wodospadów z pięknej graniówki grzbietem Salatyńskiego Wierchu.  Byłem bardzo zmęczony, choć już w jakiej-takiej formie po dwóch tygodniach w górach. Wtedy organizm wytwarza na własne potrzeby coś jak narkotyk. Może dlatego przemawia wtedy do nas piękno gór? 

 

Czy ktoś z was w Rohackiej był dolinie?

We mnie jeszcze jej uroda tkwi.

I jeżeli wena na mnie spłynie,

Powiem, co się tam zdarzyło mi.

            Zobaczyłem kamień, leżał w trawie.

Zwykły, lecz mnie coś urzekło w nim.

Wezmę i pamiątkę sobie sprawię,

I na biurku będzie w domu mym.

                        A wkoło trwała ciepła cisza gór.

 Na błękitnym niebie trochę białych chmur.

                        Każdy z was zapewne chwilę taką miał.

                        Czasem tylko świstak ją zakłócić śmiał.

Dla kamienia to niewiele znaczy,

Lecz wyczułem niemy jego żal.

„Jak to, nie zobaczę już Rohaczy,

Nie powrócę do tatrzańskich hal?”

            Pomyślałem, że to wykluczone,

Żeby kamień to do serca brał,

A on szepnął do mnie: „Znajdź mi żonę,

Żebym z nią na biurku twoim stał!

                        Żeby w niej trwała wciąż muzyka gór,

                        Cały ten Vivaldi czterech roku pór,

                        Żebyśmy mogli mocno tulić się,

A jej ciepły granit by ogrzewał mnie.”

Gdy po kilku dniach na grani Bystrej,

Obły kamień ku mnie z góry spadł,

Pomyślałem, że to oczywiste,

Niech się toczą razem przez ten świat.

            Niech ich połączy ciepła cisza gór.

            Niechaj ślub jesienią da im halny wiatr.

            I niech kamyczków nam przysporzą wór.

            My je zaniesiemy potem znów do Tatr!

 

 

 

 

I tu uświadomiłem sobie kolejną cechę moich tekstów dla Starej Roboty. Mówiąc dokładniej, zwróciła mi na to uwagę Ania, a ja się zgodziłem. Często personifikuję góry. Przychodzą do mnie, domagają się uczuć. Kamienie mają dusze. Ania to wytknęła jako wadę i pewne przekłamanie.  „Góry są jak pogańskie bóstwa – zimne, wyniosłe i dalekie” – tak napisała. Zgadzam się - to oczywista prawda, że  góry to tylko kawałek krajobrazu i że pojęcie piękna pochodzi od ludzi. Więcej: od ludzi konkretnej epoki. To prawda, ale rozumując konsekwentnie, piosenek by można w ogóle nie pisać. Po co się męczyć ze śpiewaniem? Powiedzieć normalnie, o co chodzi.

A oto przykład.  Bohaterem piosenki jest mój dobry znajomy. On pracuje stale na Zawracie. Melodia – to jedna z moich ulubionych. Moskwa-Odessa Wysockiego.

 

Przedstawię się, bo pewnie mnie nie znacie,

Choć ja was wszystkich przecież dobrze znam.

Ja drogowskazem jestem, z tabliczkami, na Zawracie.

Od wielu lat się przypatruję wam.

               Gdy orientacji ci stosownej brak,

               Kiedy, turysto, staniesz na przełęczy,

               Spójrz na mnie. Jestem tutaj. Ja, Twój znak,

               Co za kierunek dalszej drogi ręczy.

Mam cztery ręce. Są tu cztery ścieżki.

Każdy turysta w inną stronę chce.

Świnica albo Kozi i w doliny dwie przebieżki.

I każdy tu o radę prosi mnie.

               Wśród gości społeczeństwa przekrój mam.

               Chociaż najwięcej trafia się studentów.

               Ilu artystów, sławnych ludzi, dam,

               I profesorów, i społecznych mętów!

Są urzędnicy tu na delegacji,

Informatyków często bywa tłum.

Na inżynierów patrzę, biznesmenów po libacji,

I jednostajny słyszę butów szum.

               Lutowy tu mnie często ścina mróz,

               I pełno śniegu w Zawratowym Żlebie.

               Lecz jakże jasno świeci Wielki Wóz,

               I księżyc w kwadrze na bezchmurnym niebie.

Był mnich buddyjski, ksiądz i poetessa -

Bo tu przychodzą przybywają tu,

Był noworodek szwedzki, co w matczyną pierś się wessał,

I pani, co dożywa już lat stu.

               Oświadczyn tu widziałem setki już,

               I materiałów wiele do rozwodu.

               Zachwytów, przysiąg, łez i, cóż,

               Tego przykrego ludzkich uczuć chłodu.

Doktorat mogę zrobić z socjologii,

Habilitacji mam już chyba ćwierć.

Lecz tkwię od tylu lat w tej swojej tetralogii:

Świnica, Stawy, Kozi, Orla Perć.

               Więc chociaż będzie trudno rozstać się

               Z Tatrami mymi na bezchmurnym niebie,

               W dolinę Cichą już na rentę chcę!

               Tam więcej czasu będę mieć dla siebie.

 

 

 

 

 

 

Zaufaj pogodzie (wg Okudżawy)

Zaufaj pogodzie, gdy deszcze trzydniowe zapowie tv.

Zaufaj, gdy w chłodzie potoki się wody poleją ze skał.

Zaufaj i uwierz, że wkrótce słoneczny nastanie tu świt -

bo przecież ty umiesz radować się życiem,

gdy wejdziesz na szczyt!

Bo przecież Ty w pełni żyć możesz naprawdę,

gdy masz już ten szczyt!

 

Uczyłyście góry wspinaczki przez życie,

gdzie radość, gdzie strach!

Dziś wiemy już, który

szlak wybrać nam było w minionych tych dniach.

I wciąż powracamy,

lecz tylko to jedno zajmuje wciąż nas.

To, kiedy zejdziemy z Elbrusa

do bazy

ostatni już raz,

To kiedy zejdziemy z Mięguszy do Moka

ostatni już raz.

I wciąż powracamy, lecz tylko to jedno zajmuje wciąż nas.

To, kiedy wrócimy z Zawratu na Halę ostatni już raz.

To, kiedy przyjdziemy z doliny Strążyskiej ostatni już raz!

 

 

 

I wreszcie piosenki, w których chodzi o jakiś dowcip, żeby słuchacz uśmiechnął się. Oczywiście mówimy o „dowcipie intelektualnym”, a nie o mało wybrednych „kawałach” na tematy m.-d. Lubię opisywać sytuacje z lekka absurdalne, ale z daleka od prymitywnych wygłupów Jasia Fasoli. To trudna sztuka: jak wydobyć komizm całej sytuacji.

 

Spotkałem kozicę raz w dolinie.     

Godzinę spędziliśmy przy winie.  

A potem na skałce tuż przy szlaku.

 Butelkę suszyliśmy koniaku.  

Pogoda popsuła się nam wkrótce. 

Z kozicą trzasnęliśmy po wódce.  

Zielona rozchwiała się kosówka,    

Gdy w głowach szumiała nam żubrówka.                             

 A wreszcie, by zdrowie pić kozicy, 

Wyjąłem piersiówkę śliwowicy.

 I wtedy kozica tak mi powi:

„Hej, w mordę dam zaraz niedźwiedziowi!”

Wtem niedźwiedź wyłazi wprost zza krzaka

Kozica wnet daje w dół drapaka.

 Zawarłem znajomość z tym niedźwiedziem.

W szpitalu dziś na chirurgii leżę.

Morałem ja takim was zaszczycę:

Do picia weź misia, nie kozicę!

 

 

 

 

 

Na przeciwnym biegunie umieściłbym piosenki nastrojowe, mówiące najczęściej o pożegnaniach. Zauważyłem w nich silną cechę charakterystyczną: zawsze mi „jakoś tak” się pisało o wspólnym pobycie, o byciu w górach wśród przyjaciół,  z kimś, a nie samotnym. Takich tekstów jest znacznie więcej niż o samotności. Nie ma natomiast tekstów o powitaniach, radości z powitań. A to przecież też piękne. Widok na przybliżające się Tatry. To błąd. Naprawię. A nie, przepraszam, jest co najmniej jedna taka piosenka. Takiej radosnej wycieczki dawno nie miałem. Późno, bo dopiero o ósmej na Zwierówce (ale trzeba było przyjechać z Kościeliska). I potem

(melodia: „Pod śliwką”, muz. Andrzej Zieliński)  Wykonanie, np.  Łucji Prus:
                     http://www.youtube.com/watch?v=ouUw8fbcju4
 
Ósma rano na Zwierówce, jeszcze chłodny cień,
Jestem pewien, że przede mną  piękny górski dzień.
 
Słońce, błękit, zieleń, spokój, wiatr łagodny dmucha.
Nie dokuczy mi dziś deszczyk ani duszny upał.
Idę sobie raźno drogą, cóż, że asfaltowa.
Po godzinie z hakiem napis „chata Tatliakova”.
               La, la, la, la, … 
Tu posiedzę sobie chwilkę, ciepłe zjem haluszki,
I już wiem, że mnie w opiekę wzięły dobre duszki.
Ścieżka wije się w kosówkach, witam się z Rakoniem.
Tyle piękna nie zobaczy nawet król w koronie!
               La, la, la, la, … 
Dusza szepcze „na Wołowiec", więc za głosem duszy 
Idę grzbietem i tak myślę, co mnie jeszcze wzruszy.  
Znowu Rakoń, Długi Upłaz, Grześ, to znaczy Lučna,
Schodzę  łąką i trwa dalej ma duchowa uczta.
               La, la, la, la… 
Z prawej strony Osobita, grań Rohaczy z lewa;
Stok łagodny, trawa, kwiaty, a dusza mi śpiewa.
Las świerkowy, stroma ścieżka, strumyk z boku ciurka,
Nad Brestową się pojawia przedwieczorna chmurka.
               La, la, la, la, … 
 
Wreszcie TANAP mi obwieszcza: tu Zadná Látaná,
Zimnym piwem mnie powitasz, Zwierówko kochana!     
               La, la la la… 

 

 
 
                    
 

Prześpiewane piosenki

 

Prześpiewane piosenki  -

Na rozstanie już czas.

Jeszcze szukam twej ręki,

Jeszcze szumi nam las.

 

Wiatr świerkami kołysze

I upaja jak rum.

Kiedy jeszcze usłyszę

Najpiękniejszy ten szum?     

 

Prześpiewane ballady,

W ogień wbijasz swój wzrok.

Mówisz, że nie ma rady,

Że wrócimy za rok.

Szemrze strumyk na hali,

I  ognisko się tli;

Szczyty stoją w oddali,

Nasza góra już śpi.

 

Prześpiewane refreny,

Żal nam będzie stąd iść.

Wszystko, co dziś powiemy,

Jutro będzie, jak liść.

 

Ale chwile wracają.

Powiesz mi wiele słów.

Przecież góry czekają,

Z tobą będę tu znów.

 

 

 

 

 

 

 

Następną piosenkę, opartą na melodii Martwe liście napisałem dla upamiętnienia dorocznego rytuału: wchodzenia w noc sylwestrową  z doliny Chochołowskiej na przełęcz Bobrowiecką. Piosenka jest dla mnie smutna, bo wiąże się z odchodzeniem przyjaciół, którzy byli na jednym Sylwestrze, a już nie było ich na nastepnych... Ale jest i radosna, bo wejście na Grzesia jest od lat pierwszą wycieczką, jaką robię w Tatrach. No dobrze, drugą. Pierwsza jest na Przysłop Miętusi przez Staników Żleb.

 

 

 

 

 

 

Spójrz, blisko już i będziemy tam znów.

Szczyty w północnej schowały się mgle.

Nic nie mówimy, brakuje nam słów.

Góry znajome, zastygłe we śnie.

 

Wiosna krokusów oddała nam skarb.

Latem żywiczny był las.

Te pastelowe  jesienne sto barw

Weź, bo to jeszcze tkwi w nas.

 

Dziś wszystko pod śniegiem schowane.

Mróz i gałązki gdzieś trzask.

I stoki w księżycu skąpane

I nocy, i nocy tej blask.

 

     Bo oto już

     Bije dwunasta.

     Z tych krótkich chwil 

     Się składa czas.

     Przed chwilą rok

     Nam nowy nastał.

     Co on nam da?

     Czy zadrwi z nas?

 

Niewiadoma iks się pokaże.

Ciągniemy los zza białych chmur.

Ja to wiem, najmilsza,  lecz tak marzę,

By znów razem być pośród gór.

 

 

 

 

 

I wreszcie piosenki o nas, wchodzących w trzeci wiek, a niekiedy to już mocno w nich zakotwiczonych.  Z tego gatunku wybrałem dwie. Pierwsza to o naszych górach – i o nas w nich -  na melodię geologów rosyjskich, Apatit. Druga jest autorstwa Elżbiety Wojnowskiej.  Jądro sedna. Nic dodać, nic ująć.

 

W Polsce jest dużo gór,

Od Bieszczadów po Sudety.

Ścieżek w nich cały sznur.

Znać chcieliśmy ich sekrety.

Wszędzie wleźć, wszędzie być.

Na wierzchołku każdym stać.

Tak pragnęliśmy te góry

                                  Znać.

W Tatrach znać każdy szlak,

Każdą halę, wszystkie stawy.

Godzinami patrzeć, jak

Spada woda spod Siklawy.

Każdą przełęcz, każdy żleb,

By nie zlecieć tam na łeb,

Znać  jak zwykły nasz powszedni

                                 Chleb.

Gorce zleźć wszerz i wzdłuż.

Znaleźć halę pod Kudłoniem,

Gdzie jagody, czarne już,

Fioletowo barwią dłonie.

Te borówki garścią rwać.

Garścią je, jak życie brać.

Tak myśleliśmy, że będzie 

                               Trwać

Świat już ma wiele miejsc,

W których jesteś zakochany.

Chciałbyś je

          w poprzek przejść -

Pireneje czy Gorgany.

Możesz je z talii brać,

Jak na giełdzie nimi grać…

Byle sił starczyło,

                     sia go mać.

                             

W świecie jest szczytów sto,

Może nawet sto tysięcy.

Zliczyć, a wyjdzie to,

Że ich jeszcze będzie więcej.

Chrypiał nasz wielki bard,

Że szczyt nowy więcej wart.

Czy to tylko taki barda

                                Żart?

Mamy dziś tyle lat,

Ile mamy. Bez gadania.

I nie składa się nasz świat

Z gór wysokich zdobywania.

Ale wiemy, co tu kryć,

Warto było tyle żyć,

Żeby w górach tak po prostu być.

 

 

 

 

 

I, jako swoista coda, wspomniana przed chwilą  piosenka Eli Wojnowskiej o nas samych.  Melodia oparta jest na piosence Серега Санин, której autorem jest  Юрий Визбор. Poczuwam się do pewnego wkładu w  proces jej powstawania. Otóż właśnie Ela pokazał oryginalną piosenkę Vizbora, a mnie szybko przyszedł do głowy pomysł na tekst pod tę melodię (nie tłumaczenie!). „Ach, rzeczywiście”, powiedziała Elżbieta, „gdy to powiedziałeś, to ja sobie uświadomiłam, że to jest właśnie  ta melodia, której szukałam, na której oprę piosenkę, która od wielu lat mi chodzi po głowie.” I po trzech dniach przyszła z takim tekstem, o niebo lepszym od mojego (M.Sz.).

 

Przesadnie piękni nie jesteśmy, ani młodzi,

To nic nie szkodzi! Nie o to chodzi!

I nie jest ważne,  jak nam w życiu się powodzi,

Bo mamy coś,  co zawsze nam dodaje sił.

           

Choć każdy inaczej 

Przeżywa swój czas,

To w górach i w chacie

Odpocznie wśród nas.

Przepadasz latami,

Pojawiasz się znów…

Przychodzisz – Witamy!

Odchodzisz – Bądź zdrów!

 

Szeroka grań,  doliny cień, piarżyste stoki,

Ten wierch wysoki   i te widoki…

Spokojnym rytmem  niosą nas miarowe kroki…

Takiego czasu nie zastąpi nic.

Gdzieś spada nieszczęście.

   Ktoś znika bez słów.

   Zostanie w pamięci…

   Spotkamy się znów…

   Idziemy, wracamy,

   Śnieg, słońce czy deszcz…

   Wychodzisz – czekamy,

   Przychodzisz – no, cześć!

 

Pamiętasz może pierwsze z nami gdzieś spotkanie –

Las czy śpiewanie - czy górskie granie…

Nie przypuszczałeś,  że na lata to zostanie,

Że właśnie wtedy coś ważnego dał ci los…

 

Na zboczach Krywania,

Czy leśny ten szlak,

Klubowe spotkania –

I dobrze jest tak…

Upadki i szramy

Tak łatwiej jest znieść…

Wychodzisz – czekamy,

Przychodzisz – no, cześć!

Upadki i szramy

Tak łatwiej jest znieść…

Wychodzisz – czekamy,

Przychodzisz – no, cześć!

 

 

 

* * *

 

 

Dwudziesty Piąty Występ

Zespołu Stołecznego Klubu Tatrzańskiego

STARA ROBOTA

Sprawozdanie & refleksje

 

Z okazji dwudziestego piątego występu naszego zespołu chciałbym (ja, Michał Szurek) złożyć coś w rodzaju sprawozdania.

A zatem, jak się rzekło, 2 czerwca 2016 roku odbył się w siedzibie Klubu kolejny, umownie licząc  (dlaczego umownie – wyjaśnienie dalej) dwudziesty piąty,   występ zespołu Stara Robota. Około połowy występów to przedstawienia oryginalne, druga połowa to powtórzenia. Lista jest poniżej. Zespół działa w ramach Stołecznego Klubu Tatrzańskiego PTTK i składa się obecnie z 12 osób,

 


„STARA ROBOTA”  występ z czerwca 2016 r.

 

od lewej: Katarzyna Kozłowska, Maria Grochowalska, Krystyna Dolebska, Alina Wrońska, Irena Kozłowska, Ewa Chałasińska, Barbara Kaczarowska, Michał Szurek,  Krystyna Krasińska, Wojciech Wojtyński, Tadeusz Guranowski, Maciej Kostrzembski,

 

Trudno jednoznacznie określić, czym jest zespół. Na pewno ani chórem, ani ensemblem tanecznym. Po prostu sobie śpiewamy i deklamujemy wiersze, dzieląc się ze słuchaczami swoimi przeżyciami górskimi – okazuje się, że porozumienie z publicznością mamy pełne. Uważamy, że prezentujemy wysoki poziom… w takiej kategorii, na jaką nas stać.  Nie w żadnej innej.

Odróżniamy się  od podobnych zespołów w innych klubach górskich samym istnieniem. W innych klubach górskich po prostu nie ma takich zespołów, jak nasz. I tak po pierwsze nasza  średnia wieku to 60++, dokładniejsze dane są ściśle strzeżone. Po drugie: używamy niemal wyłącznie tekstów oryginalnych, to znaczy takich, które ja (Michał Szurek) piszę na nasze potrzeby. Staram się opisywać góry tak, jak je widzę i widziałem od wielu lat. Staram się oddawać własne przeżycia – i okazuje się najczęściej, że cały Zespół też tak przeżywa.

Nie uprawiamy już wspinaczki ani turystyki wysokogórskiej  i trzeba to sobie bez rozdzierania szat powiedzieć, jak również  przyjąć do wiadomości, że wspinaczkę skalną uprawiają obecnie już tylko bardzo nieliczni członkowie Klubu.  Wyjeżdżają natomiast w inne góry, nawet wysokie – ale nie są to wyjazdy alpinistyczne. Z kolei  wśród naszych nowych słuchaczy coraz częściej zdarzają się  ludzi, którzy nie wiedzą nawet o istnieniu doliny Starorobociańskiej, za to sądzą, że najwyższym szczytem Tatr są Rysy.  Zmienia się model turystyki, również tatrzańskiej. To wszystko wpływa na nasz repertuar. Będziemy jednak śpiewać o górach, i wszystkim,  co się może z tym wiązać.  Do innego stylu trudno będzie nam się zmusić.  A na ile nam starczy sił – zobaczymy.

 

Wiosną halne wieją –

                               śniegi tają…

                                             czy nas górskie wiatry pamiętają?

Oto lista występów Zespołu. Najpierw występy pełne, 50-90 minutowe, w dużym składzie:

1.     23 kwietnia 2003 (jako „Baranie Rogi”), z okazji 50-lecia Stołecznego Klubu Tatrzańskiego.

2.     11 grudnia 2008 (w Klubie)

3.     26 marca 2009 „Bo w górach jest ładnie”

4.     24 kwietnia 2010 (Sulejówek)

5.     5 maja 2010 (z okazji Zjazdu Klubów Górskich)

6.     8 maja 2010 (w chacie w Puszczy Kampinoskiej)

7.     12 maja 2011 ( w Klubie)  

8.     26 kwietnia 2012 „Miesiąc w górach”

9.     20 października 2012 w Podkowie Leśnej (willa Aida)

10.  6 listopada 2012 w Klubie Garnizonowym

11.  27 stycznia 2013 w klubie  „Południku Zero”

12.  9 maja 2013 w Resursie („60-lecie SKT”)

13.  13 czerwca 2013 w Resursie („60-lecie SKT”)

14.  16 września 2013 (AWF)

15.  21 października 2013, Zjazd PTTK

16.  20 listopada 2014, Klub PTTK na Siekierkach

17.  22 maja 2014, „Siedzieliśmy na Mnichu”

18.  8 lutego 2014 w „Południku Zero”

19.  4 grudnia 2014, „Siedzieliśmy na Mnichu”

20.  8 lutego 2015, „Kalinowe Serce”

21.  16 kwietnia 2015, „Hej, kosówko zielona”

22.  27 września 2015, „Kalinowe Serce”, wieczór poświęcony pamięci księdza Tischnera.

23.  10 grudnia 2015 („I będzie pięknie”)

24.  21 kwietnia 2016 („Na prawo szczyt, na lewo wierch”)

25.  2 czerwca 2016 („Na prawo szczyt, na lewo wierch”)


Wspomniana w drugim akapicie  umowność  bierze się z tego, że  liczymy tylko występy o pełnej długości (50 - 90 minut). Inne występy (krótsze lub specjalnego charakteru)  i inna działalność zespołu i jego członków  to między innymi

1.     Występ w kawiarni w Łomiankach (czerwiec 2013 r.)

2.     Cztery  występy w Domu Lekarza-Seniora (2012-2016)

3.     Wieczór tischnerowski w „Kalinowym Sercu”, 26 września 2015 r.

4.     Występ  w Mazowieckim Instytucie Kultury 3 II 16 i otrzymanie nominacji do Ogólnopolskiego Przeglądu Działalności Artystycznej  Seniorów (Bydgoszcz, jesień 2016)



Występy indywidualne Tadeusza Guranowskiego:

5.     Występ w  bibliotece osiedlowej na  Żoliborzu, maj 2014.

6.     Recital „moje spotkanie z balladą”,  w Kalinowym Sercu 24 VIII 14

7.     Recital  w Mazowieckim Instytucie Kultury 17 II 15

8.     wystawa fotograficzna w Mazowieckim Instytucie Kultury od 9 do 16 V 16

Inne indywidualne:

9.     Irena Kozłowska – ballady cygańskie, w domu Lekarza-Seniora i w Kalinowym Sercu (maj 2016)

10.  Wielokrotna prezentacja (wyk. Krystyna Dolebska) naszych piosenek górskich na Zlotach Seniorów w Morskim Oku.

`
Nagrody i wyróżnienia:
Trzykrotne zdobycie nagród (pierwsze i drugie) na Juvenaliach III wieku za piosenki solo i w duecie (Tadeusz Guranowski, Krystyna Krasińska)  oraz za fotografie (2013, 2014, 2015).
Zdobycie przez Tadeusza Guranowskiego  2 miejsca w konkursie warszawskim jako aktywnego seniora między innymi za działalność ze Starą Robotą (2015).
Zdobycie (przez Tadeusza Guranowskiego) nagrody jako laureat w Ogólnopolskim Konkursie "Rok dla Klimatu" za fotografię z Alp Południowych w Nowej Zelandii (2016).

Publikacje:

Tomiki wierszy Michała Szurka „Stromym żlebem” (2012) , „Kolory Gór” (2013), oraz „I będzie pięknie” (2015)

Wreszcie, last but not least, za działalność w zespole, Michał Szurek otrzymał odznaczenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2013) .

Zespół składa serdeczne podziękowanie Zarządowi Klubu za wsparcie, a w szczególności Andrzejowi Szajewskiemu za wytrwałe nagrywanie występów zespołu, co w niemały sposób przyczyniło się do propagowania twórczości zespołu i  jego sukcesów. Płytki z nagraniami są dostępne na zamówienie.  Lista wszystkich innych osób, które pomagały Zespołowi, była by bardzo długa. 

Zapraszamy na nasze kolejne występy!

Michał Szurek

 

 

 

linki do „STAREJ ROBOTY” na YOU TUBE