DSC01782

Wspomnienia o moim bracie Adamie
(1938 – 2010)

 

Michał Szurek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie chcę pisać długo, ale krótkiego panegiryku też nie napiszę, bo tym razem nie potrafię, nawet jeśli – co jasne – ograniczę się do kontekstu górskiego, a w nim do stop-klatek. Nie potrafię też napisać o Adamie bez autorefleksji. Mieliśmy tych samych rodziców – a to jest jedna z najsilniejsza z więzi, jakie łączą ludzi, nie umiem zatem na chłodno. Co prawda,  zbyt wiele dzieliło nas w górach: różnica klasy, przesunięcie czasowe, nieco inne preferencje. Ale rozumieliśmy się w pół słowa. Zawsze. Adasiu – tego ci nigdy nie zapomnę. Bardzo ci dziękuję.  Na Twoim grobie leży kamień  ze ścieżki znad Czarnego Stawu pod Rysami. Wziąłem go i wykopałem z zimnym rachunkiem prawdopodobieństwa: leżał w takim miejscu, że musiałeś na niego chociaż raz stąpnąć.  Wybaczcie – nie umiem pisać chłodno i bez emocji. A jeśli TPN skieruje sprawę do sądu za przestępstwo ekologiczne  – z radością zażądam jak najsurowszego wyroku.

 

Wybrałem dziesięć obrazków. Jako matematyk – liczę od zera. Ale jeszcze poziom minus pierwszy.  Suche dane. Adam urodził się 24  października 1938 roku w Lublinie. Po wojnie, a raczej jeszcze w czasie jej trwania, bo wiosną 1945 roku, rodzice przenieśli się do Warszawy. W osiemnastą rocznicę urodzin Adama, 24 X 1956 odbył się słynny wiec pod Pałacem Kultury w Warszawie – obawiam się, że tylko starszemu pokoleniu mówi coś to wydarzenie. Adam zmarł 28 listopada  2010 roku. Od dzieciństwa powtarzaliśmy sobie: jaka szkoda, że w 2000 roku nie będziemy młodzi.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu…

 

Obrazek 0. Podkład społeczno-historyczny

Nasz ojciec urodził się w Gorlicach w 1907 roku. Wskutek pierwszej wojny światowej stracił rodziców w wieku 14 lat. Przymierał głodem przez następnych kilkanaście lat, kradł kotlety po niedzielnych obiadach u tzw. łaskawego wujka – po latach Adaś rzuci temu wujkowi w twarz podgniłe  pomidory – oczywiście nastąpi zerwanie wszelkich stosunków. Ojciec zarabiał korepetycjami z niemieckiego i matematyki (opowiadał, że co drugą środę mógł się najeść do syta zupą w jadłodajni studenckiej i to było coś). To pierwsze (biegła znajomość niemieckiego) uratowała go w latach okupacji, to drugie dało nam chleb (no,  masło do chleba),  bo ojciec został  profesorem szkoły wyższej, oczywiście za PRL. Nie docenialiśmy z bratem tego.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu…

 

 

Obrazek 1.  Kraj lat dziecinnych

Niewyraźnie wspomnienia z pierwszych klas szkoły. Uczymy się z Adasiem (!) topografii Tatr, pamiętam rysunki kredą na szafie w kuchni.  Potem mijają lata (raczej w sensie pory roku). Wakacje w Zakopanem, na Bystrem. W latach 1954 – 1964 spędzałem wakacje – całe dwa miesiące  -  w Zakopanem, w szkole przy ul. Karłowicza, 20 minut do Kuźnic  i to mi dało kapitał,  majątek na całe życie, przyjaźnie,  miłości na całe życie, nawet światopogląd.  Kto czegoś takiego nie przeżył, jest o coś uboższy. Adam szybko przeniósł się do Morskiego Oka, przyjaźń z Józkiem Nyką to materiał na oddzielny artykuł! Ale wracajmy do lat pięćdziesiątych.   Taki obrazek. Adam z ojcem i jeszcze paroma osobami idą na Orlą Perć; ja jestem za mały nawet na Giewont. Wracają. Pamiętam, jak ojciec wali się na łóżko z komentarzem „jestem nieludzko zmęczony, chyba przez dwa dni nie będę mógł wstać”. Po wielu latach przerabiam to ze swoim synem.

 Tymczasem do Adasia przychodzą koledzy i wyciągają go na siatkówkę. Wraca do domu późnym wieczorem, bo jeszcze poszli do Poraja. Następnego dnia idą z kolegą na kolejną turę. Po kilkunastu dniach Adaś „przeciąga mnie”, dziesięciolatka, ze Świnicy na Zawrat i z powrotem. Pamiętam tamte emocje na eksponowanej drabince i jak pierwszy raz dotknąłem ściany Murowańca – zwyczaj, który mi został do dzisiaj, dziwny, pierwotny.  Potem Adam wyjeżdża do Morskiego Oka. Fałszuje podpis ojca na pozwoleniu na uczestnictwo w kursie taternickim. Po dwóch latach zwiedzam słynny „kurnik” i zostaję zapamiętany w środowisku taternickim, jak się gramolę po drabince. W 2010 roku spotkam Krzysztofa Zdzitowieckiego, „Pomurnika” pod przełęczą  Iwaniacką. Nie pamiętałem go – poznałem po specyficznym kroku pod górkę, że to musi być były taternik. On mnie pamiętał, właśnie z kurnika. 

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 2. Pierwsza młodość

Już czytuję pełne romantycznej wizji broszury Józka Nyki o Pięciu Stawach i Morskim Oku, fragmenty tekstów wpadają silnie w pamięć (przydadzą się po 40 latach w wykładach dla studentów geografii).  W albumach tatrzańskich zaznaczam każdą przełączkę, uczę się topografii. Po wielu latach opowiem grupie kolegów-nauczycieli panoramę z Bukowiny, stojąc tyłem do gór, „pokazując” kultowy szlak przez Lodową Przełęcz, wymieniając takie detale w panoramie Morskiego Oka jak Wołowa Szczerbina i zwracając uwagę,  jak zakręca dolina Waksmundzka,  

Z rodzicami przyjeżdżam do Morskiego Oka oglądać przez lornetkę sensację: wspinaczy na Kazalnicy. Widzę Adama, poznaję jego ruchy. Z niezrozumiałych względów do tej wspinaczki dobiera się prasa, wtedy jeszcze nie goniąca za każdą sensacją. Artykuły, komentarze, rady. Znany dziennikarz sportowy wypisuje bzdury na temat taternictwa. To mniej więcej wtedy Adam staje się moim wzorem, wszystko zaczynam mierzyć jego miarą. Potem spacer Liptowskimi Murami. Pogwarka o życiu na Czarnej Ławce. To zostaje na całe życie, nadaje mu treść i sens. Po raz kolejny: dziękuję, Adasiu.  Z Pięciu Stawów do Morskiego to tylko spacer, ale docieramy do taboriska po ciemku. Herbata, herbata, herbata.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 3. Wciąż pierwsza młodość

Wrzesień. Cudny wrzesień. Moja pierwsza wspinaczka, zresztą jedna z niewielu. Adam bierze mnie na sznurek. Jest jeszcze Ewa, idę między nimi. Północną ścianą Mięguszowieckiego wychodzimy na grań. Idzie mi dobrze, bez problemu, ale pod kopułą szczytową mam trudności z uskokiem. Adam wyraźnie boi się o mnie. Widok z Mięgusza. Świat cały na dłoni, jak w pięknym masz śnie. Kto ma świat na dłoni, ma świat u stóp. Droga po Głazach. Adam się trochę gubi, schodzimy prawie aż do Hińczowej. Zbiegamy radośnie z Chłopka. Przy Czarnym Stawie spotykamy wielu taterników. Gawędy. Jest prawie po sezonie. Wspomnienia, plany. Do dziś pamiętam, ale to nie na tę okazję. Kto na god, kto sowsiem. Zostaję „bratem Szurka” – tak będzie już na zawsze.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 4.  Witamy dorosłe życie

Betlejemka. Leżymy razem na szorstkiej trawie na Kopie Magury. Nie pamiętam, dlaczego tylko we dwóch. Mnie już rozeszła się droga z przyjacielem z dzieciństwa, druhem z Tatr i Beskidów. Adam ma dwa egzaminy do końca studiów, już patrzy w przyszłość; co będzie potem. Już był w Dolomitach i na Kaukazie – w tamtym czasie na takie wyjazdy jeździła tylko reprezentacja. Wolno schodzimy na Królowe Rówienki, stajemy i patrzymy w milczeniu. W dole Zakopane, daleko Warszawa. Patrzymy na góry. Wieczorem wino w Betlejemce. Czemu jesteś smutny, braciszku? Smuga cienia? E tam, popatrz na Żółtą Turnię. Adasiu, Adasiu!

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 5. Przełom

Krośnica pod Lubaniem. Jestem zaproszony na Sylwestra: Adam, Ewa, Andrzej (brat Ewy, uznany grafik, potem rektor krakowskiej ASP – zmarł po latach na dzień przed Adamem), wielu znajomych taterników. Mam dojechać z Zakopanego. Kłótnia z ojcem – dopiero po blisko czterdziestu latach zrozumiem, o co tak naprawdę chodziło. Wsiadam w Zakopanem w  pierwszy lepszy autobus i zamiast do Krośnicy jadę do Krakowa; noc na dworcu. W Krośnicy trwa wesoła zabawa; Adam wychodzi na każdy autobus i patrzy, czy nie dojechałem. Naprawdę może byłbym innym człowiekiem, lepszym, gdybym tam dojechał. To jest naprawdę taki zakręt życiowy. Braciszku, kochany….

Adam potem długo opowiadał o tym Sylwestrze. To był i dla niego jakiś naprawdę znaczący dzień, tydzień, miesiąc, pół roku. Są takie chwile, wielu poetów zawdzięcza im całe uznanie.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 6. Początki kariery

Wczesną wiosną przedzieramy się przez Gorce. Adam jest zmęczony po dyżurze w szpitalu („przez weekend objechałem karetką całe Gorce i pół Beskidu Wyspowego”). Ewa też wraca. Zostawiam ich na nastrojowym pagórku Bardo  i chciwie, ile sił w nogach idę w kierunku Turbacza. Jestem w najlepszej formie w życiu. Zajść jak najdalej, ale nie  chcę wracać zupełnie po ciemku, więc skręcam na Nowy Targ. Na południowych stokach już czuć rozmarzniętą ziemię. Wieczorem długie rozmowy w ich małym pokoju w Rabce. Wspominają tamtego Sylwestra, ale i poprzedniego – gdzieś w kotle Mięguszowieckiego, w wykopanej jamce śnieżnej; rozmowy o górach, o życiu razem, o wspólnej starości. Czy to wystarczy, by związać na całe życie, …. i że cię nie opuszczę aż do śmierci …. Na cały wiek dwudziesty? Na stoliku czerwona lampka, czarny budzik. Długie zasłony w oknach. Długie, długie rozmowy. O życiu, o szczęściu, o dążeniu, o górach – czyli o jednym. Coś tam śpiewamy. Dziękuję ci, braciszku. Czy pamiętasz, Ewo? Co wam do łbów strzeliło, że rozstaliście się? Po jaką cholerę?

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 7.  Dwadzieścia lat później

Długa, wspólna jazda samochodem do Zakopanego. Obaj już mocno dorośli. Rozmawiamy tylko o górach. Na chwilę nie  istnieje praca, rodzina, obowiązki, morze, jeziora (Adaś polubił łowienie ryb na wędkę). Przeżywamy, każdy na swój sposób, Tatry, Beskidy, Alpy i góry kaukaskie. Przypominamy sobie, jak chłonęliśmy je, każdy inaczej, wszystkimi zmysłami, jak przeżywamy je teraz. Mamy wszystko. Wspomnienia są świeże, a plany jeszcze łatwe do realizacji. Żegnamy się za Kuźnicami. Świerki pachną żywicą. Adam znika za zakrętem ścieżki na Halę („przenocuję w goprówce”), ja idę cepersko przez Nosal do Olczyskiej. Spoglądam spod wywierzyska – może idzie Upłazem?  Z Jaszczurówki jadę do Małego Cichego, tam od tygodnia jest żona, są dzieci.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 8.  Sam środek ciemnych dni

Puszcza Kampinoska. Jeden z niewielu spacerów we dwójkę. Już niedaleko do chaty. Jestem smutny, wleczemy się razem; nie mam suchych oczu. To od wiatru, to od wiatru; marcowy wieje silnie w twarz.  Popatrz, rozpalimy sobie, brzozowa gałąź da zapach. Schodzą się ludzie. Wesoło, ciepło. Buzuje ogień. Jak to miło, że się śmiejesz. Już tak będzie? Braciszku, góry łamią słabych, wzmacniają mocnych. Ty jesteś mocny.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 9. Pełnia

Wrzesień. Spotkanie bez okazji w Twoim mieszkaniu, ponad 30 osób. Gitara, piosenki, trochę śpiewa Stara Robota, wiersze, rozmowy, jakieś sałatki, barszcz, kuchenka jeszcze nie działa, gawędy, żarty, bezładne wspomnienia, retrospekcja, obrazy, beskidzkie trawy, Wierch Pod Fajki, Wawa i Stefania, Palant i jego listy do …, lina na Cubrynie, Spadowa Kopa, Paczkowski-Owieczka, tyle starych znajomych, dziewczyny piękniejsze niż 30 lat temu (jak one to robią, że pięknieją z wiekiem?) , kariery zawodowe, Puszcza Kampinoska, spory o przeszłość, plany, zamiary, uwagi o zdrowiu, stare zdjęcia, przekomarzanie się, aluzje, zaduma, refleksja, nastrój, świece na stole, tańczące cienie na ścianach, troska, ale i radość ze spotkania, nareszcie wiemy, po co chodziliśmy po górach, spokój o przyszłość, tyle za nami, tyle przed nami. Duże mieszkanie, można rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać.  Spokój. Jest Monika. Spokój o przyszłość. Wreszcie spokój. Wspominamy kolegów. Tomek Kreczmar, Jacek Woszczerowicz – moje i Adasia najwcześniejsze śmierci górskie. Ale teraz  cieszymy się, że jesteśmy razem, że tylu mamy przyjaciół. Najbliższe miesiące będą radosne, następne spotkanie choćby za tydzień. Wreszcie jesteś, braciszku, wreszcie jesteś.  Tylko dlaczego tak trudno się rozstać? Już pierwsza po północy, a ja nie chcę wyjść… Nie chcę wyjść, nie chcę wyjść… Szukam pretekstu, żeby zostać („może pozmywać?” – no, hi-hi, całkiem szczere to nie było…). Nie chcę wyjść. Chwilo, trwaj.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

Obrazek 10. Nadzieja umiera ostatnia

Nie odpowiadasz na telefony… drzwi zamknięte, walę kamieniem w szybę – ale masz pancerne, a większy odbija się od krat. Braciszku, kochany, jest mróz, nie każ mi czekać długo pod Twoim oknem, no tak, mogłem zadzwonić wczoraj wieczorem, ale przecież rano rozmawialiśmy normalnie. Nie, nie, z ufnością poczekam, przecież nieważne jaki mróz, no to co, zmarznę i już, nie zdążyłem się ubrać ciepło, ale jakie to ma znaczenie,  potem się ogrzeję, ważne, że żyjesz….. Mieliśmy jeszcze gdzieś pójść w góry ... To moja wina, naprawdę, moja wina. Braciszku, braciszku, otwórz… Kocham cię, wybacz, że za mało ci to okazywałem. Przecież żyjesz. Nie, nie, nie!!!!!! To nieprawda!!!!!! Oczy kłamią. Kocham cię.

Kiedy to było? Kiedyś, dawno temu.

 

 

                                                                           Michał Szurek