Niedzwiedzia łapa

(copyright by Michał A. Nonim)

Tego wieczoru McGyver miał nieczęste uczucie pożytecznie przeżytego dnia. Ocalił kilkanaście korników przed dzięciołami, popodpierał walące się drzewa w Starym Borze i wysypał żwirkiem ścieżkę prowadzącą na Wysoką Przełęcz. Grzbiet porządnie bolał go od noszenia worków ze środkiem dezynfekującym, jaki wsypywał do Czarnego Jeziora, aby rano turyści mogli zastać kryształowo przezroczystą wodę, wolną od codziennie zbierających się zamuleń. Płomień ogniska oświetlał polanę. Narąbana kosówka wystarczała na podtrzymanie ognia do południa następnego dnia. Nie przejmował się tym, że z jedzeniem było krucho – na kolację musiał zjeść nawet swój ulubiony przysmak śniadaniowy – konserwę pułtuską. Leżał teraz oparty o starą jodłę i kręcił powoli pedałami. Ze znalezionego starego roweru zrobił bowiem obrotowy rożen i dopiekał na nim deser – niedźwiedzią łapę, którą jeszcze w zeszłym roku podarował mu jego wuj, bogaty milioner z Chicago. Nie rozstawał się z nią nigdy. Ale dzisiaj kozice nie podchodziły jakoś na odległość rzutu usypiającym bumerangiem, a wędka na świstaki okazała się za krótka ("jutro kupię przedłużacz" postanowił). Oprawione grzyby suszyły się na drucikach, maliny i borówki czerwieniły się już w słoikach a przybrane szarotkami posłanie z widłaków zdawało się samo mówić: "Po to jestem, by cię utulić". A jednak po sercu McGyvera tłukł się niepokój a jego echo włóczyło się po okolicznych szczytach i kładło cieniem na głowie znużonego pracowitym dniem wędrowca. Pewnie dlatego nie usłyszał cichych kroków z lewej strony.

– Krucafuks, a kajześ ty tu wloz, psiawiaro, wstawaj, bo zara cie w łeb ciepne – odezwał się nieznajomy, cały na zielono. Głos jego wydał się McGyverowi nieprzyjazny. Ze schowka na wierzchołku jodły wyciągnął niepostrzeżenie scyzoryk i otworzył najdłuższe ostrze. Ale nieznajomy był szybszy i w kierunku McGyvera, ze świstem i złorzeczeniem, poszybowała ciupaga, cała zdobna w blaszki "Pamiątka z Zakopanego". Nadludzkim wysiłkiem McGyver schylił głowę o milimetr i ostrze otarło się tylko o jego twarz, goląc mu dwudniowy zarost. Mimo woli McGyver pomyślał o Laurze, z którą miał się spotkać jutro rano i jednym okiem odruchowo rzucił na lusterko ("dobra nasza" – pomyślał, "z tak ogoloną twarzą mogę śmiało powiedzieć Laurze How do you do i będę właściwie zrozumiany") a drugim spojrzał na monitor, umieszczony właśnie pod najdłuższym ostrzem scyzoryka. W miejscu, gdzie w normalnym scyzoryku znajduje się wykałaczka, w nożu McGyvera był twardy dysk komputera, zawierającego między innymi słowniki wszystkich języków świata. Po dłuższym niż zwykle ułamku sekundy na ekranie pokazał się napis "Dokładnie to samo, to znaczy ` zara cie w łeb ciepne' powiedział 23 listopada 1958 roku o godzinie 21 czasu GMT Staszek od Żegleniów do Wikcinego Józka na Groniu nad Filipczańskim Potokiem, ale odpowiedzi Józka nie umiem zinterpretować. Aby kontynuować, naciśnij Enter". Tymczasem ciupaga nieznajomego doleciała już do drzewa i śpiewając "Ciupazecka-m gzecna, zaraz zetne smrecka" zrąbała je i na McGyvera rzuciło się dwunastu dorosłych ludzi, tak silnych, że każdy mógłby sam wyrwać ząb drugiemu, nie tknąwszy go nawet palcem. Po pół godzinie walka była skończona. Najstarszy z napastników, wąsaty brodacz powiedział:

– Koniec żartów, McGyver. Sprawa idzie do sądu. W Tatrzańskim Parku Narodowym chodzić wolno tylko po szlakach znakowanych, kosodrzewina jest pod ochroną, zbieranie płodów leśnych, płoszenie i przypadkowe dokarmianie zwierząt jest zabronione. Ognia też rozniecać nie wolno. A tutaj mamy: ognisko poza szlakiem, grzyby, borówki, maliny, a i po łapie niedźwiedziej można poznać, że zanim spłoszyłeś miśka i zabiłeś go, to go dokarmiałeś. O, jeszcze trzyma w pazurach puszkę po mielonce. "Towarzyszu filancu" zwrócił się do młodszego – "zawezwijcie helikopter, żeby przewieźć tego przestępcę do więzienia. Niech siedzi koło tego drugiego byrcyna, co nam tyle krwie napsuł"

McGyver już chciał uśmiechnąć się pod wąsem, ale przypomniał sobie, że jest już ogolony, więc tylko ściągnąwszy z pamięci operacyjnej scyzoryka odpowiednie słowa, zaczął mówić spokojnie:

– Gospodarze, McGyver ok. Tu być mapa. Tu nie być park. The Tatra National Park is not here, o jużci tamuj on jest, dopiero za tą kupą gnoja. Gnój, rozumita, guano od krowy, owiec i inszej żywiny, po waszemu gówno, spójrzta: najpierw jest gówno, ale zakopane, a za nim park, a ja zbierać mushrooms here. Jak to nie park, to jagody ok. Niedźwiedź to wujek mi przysłać, krzesny z czikago, bo on tam trzymie masarnie na milwaukee ulica a prawo do wyrębu kosodrzewu to ja kupił w urzędzie na Kościuszkach. Jakem im przyobiecał, że pójdę do Klintona i powiem, coby Olimpiadę w 2056 roku dali Białemu Dónajcowi, to mi tak rzekli: "Bier se te kosowke, Makgajwer, a najlepiej rąb na Wołoszynie, tam najhrubsza, bo ceprów kurwa nima". Tak mi, uważacie, pedzieli. Wy mnie teraz puścić, bo ja wasz przyjaciel i niewinny jestem jako lelija a jak chcecie, to wam zaproszenie do Stanów przyślę i mi chałupę w Teksasie postawicie takuśką jakiem tu w Murzasichlu widywał, bo mi się okrutnie one spodobały, a jakem jeszcze wieczorem zobaczył jak Zośka Mardulanka na drabinę wchodzi, to tylko o niej śnię i ballady układam, a tę Laurę Johnson to bym pirzgnął aż by leciała i leciała.

Najgrubszy z mężczyzn skinął tylko głową i McGyvera otoczyło dwanaście map. Z każdej z nich wynikało, że polana, na której rozpalił ognisko, zbierał maliny, jagody i grzyby, leży już na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Rozległ się warkot helikoptera, po chwili McGyver siedział w kabinie, pilnowany przez dwóch strażników, a dookoła helikoptera jeździł łazik ZOMO (Zakopane: "Olimpiadę Mamy Obgadaną") z uzbrojonymi po zęby ochroniarzami. Po piętnastu minutach Mc leżał na więziennym sianie, w kazamatach Urzędu Miejskiego i słuchał wycia wiatru halnego w gontach oraz dyskoteki pod Gubałówką. Posterunkowy Poroniec poszedł kupić mu cheeseburgera i frytki u MacDonalda, ale po drodze przynapił się z jednym ceprem, co to w zeszłym roku był u niego na lato i frytki zostały użyte jako zakąska. Cheeseburgera dali wygłodniałemu psu koło "Domu Turysty", ale ten nie chciał jeść.

Przez całą noc słychać było na Krupówkach, wedle Delikatesów, zgrzyt pił, stukanie młotków i pokrzykiwania majstrów, które to dla zachowania moralności przytoczone nie będą, a gdy wstał dzień, oczom zgromadzonej gawiedzi ukazała się szubienica. Obwieszona była reklamami piwa, proszków do prania i papierosów. O wysokości opłat za te reklamy lud do tej pory opowiada mrożące krew w żyłach historie. Wszystkie miejsca w MacDonaldzie zostały wykupione a liczbę wszystkich obecnych oceniano na setki tysięcy. Punktualnie o ósmej przyprowadzono McGyvera i rozległ się z lekka zachrypnięty głos Przewodniczącego Rady Narodowej:

- Za zbieranie grzybów w Tatrzańskim Parku Narodowym oraz za zabicie i dokarmianie niedźwiedzia bez zezwolenia sołtysa powiatu tatrzańskiego obywatel USA, niejaki Makgajwer zostanie zaraz tutaj dla postrachu powieszony za ostatnie żebro. Zakazuje się układania pieśni ludowych w rodzaju

Makgajwera sława nigdy nie zaginie,
ani w telewizji, ani nawet w kinie!

albo

Na polanie, popod jedle watra w lesie sie pali
Czy rozpalił ją Makgajwer, cy ją carci skrzesali?

czy też

Porwali mnie zbójcy i do lasu wiedą
Ratuj mnie, Makgajwer, bedziesz miał coś z tego...

i nagle prasnął kapeluszem o ziem, wziął się pod boki, zaśpiewał "Hej, za ziobro, za poślednie" a potem hipnął tak, że aż Giewont łypnął okiem i zapytał "Cy juz cas?", ale zobaczywszy, że to tylko stary Gąsienica-Rysy się wygłupia, odwrócił się na drugi bok i zasnął z powrotem. A przewodniczący mówił dalej:

– My dbamy o rozwój Tatr. Majątek skazanego ulegnie konfiskacie i zostanie zużyty na wyrąb lasu w okolicy Roztoki, budowę placu golfowego na b. Orlej Perci i na wybudowanie tras zjazdowych na Olimpiadę 2056 z Kościelca. Pomożecie, panie? – zwrócił się do przybyłego specjalnie na tę uroczystość Przewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Harców Olimpijskich.

– A bez co ni, pomożemy! – odkrzyknął przez tłumacza rozentuzjazmowany Przewodniczący i długo potem stał na baczność, ocierając dyskretnie łzy chusteczką. Przy tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy – zapewnił Dostojnego Gościa Gąsienica-Rysy. Orkiestra zagrała "Boże wspieraj, Boże osłoń", a zespół "Mali Durni" zaśpiewał na ozwodną nutę

Hej, wy Tatry, wy Tatry wysokie,
czkanie piwem idzie od was głębokie.
Jak zaradzić mamy temu czkaniu...
hej, Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu?

– Jakie jest twoje ostatnie życzenie? – zapytał Wojtek Gulasz "z Boru" . Wszyscy wiedzieli, że dał 2 miliony dolarów łapówki, ale nikt teraz o tym nie pamiętał, tylko wszyscy wpatrywali się w spokojną twarz MacGyvera.

– Pocałujcie wy mnie wszyscy w .... i tu padło konkretne, precyzyjne określenie, nie pozostawiające cienia wątpliwości. Wybuchło zamieszanie, każdy wołał co innego. Wykorzystując sytuację, Hanka Gieletówna stanęła pod Hipermarketem "Baca z Macą" i zaczęła tak handlować oscypkami, że stojącemu obok z piwem Matei dwukrotnie zwiększył się obrót. Potem wzięli cichy ślub, a jeszcze przedtem w wydawnictwie Harlequin ukazała się książka o ich miłości.

Po godzinie ustalono wreszcie kolejność i przystąpiono do wypełniania ostatniej woli skazańca. Dzień był długi i gorący, a gdy słońce zachodziło już czerwono nad Osobitą, wróżąc deszcz i kolejny udany dzień dla Cocktail-baru, kolejka czekających sięgała jeszcze do restauracji na Gubałówce "Nocny Pstrąg", a ostatni z niej zamawiali szampana i ostrygi, żeby uprzyjemnić sobie czas. Trzeba tu powiedzieć, że do bardzo wielu ludzi dokładna informacja o woli skazanego nie dotarła i impreza przerodziła się w swoisty happening, bardziej radosny niż smutny, a blady początkowo i wyczerpany ze zmęczenia i nudy skazaniec podrygiwał w końcu wraz z tłumem w rytmie disco-polo, w każdym razie na tyle, na ile pozwalały mu krępujące go więzy. Organizatorom wymykało się to wszystko spod kontroli, ale w końcu, gdy blady świt zaróżowił Tatry a pierwsze mikrobusy zaczęły wypełniać plac przed dworcem, kolejka do McGyvera składała się już tylko z kilkuset osób. Wtem na niebie zakwitły setki kolorowych spadochronów i po pięciu minutach Zakopane zasłane już było Prawdziwymi Mapami Tatrzańskiego Parku Narodowego. Okazało się, że w czasie bezsennej nocy McGyver wpadł na trop szajki, która fałszowała mapy a uzyskane z mandatów pieniądze przekazywała na budowę MultiSuperCentrum Wypoczynkowego na Hali Pysznej. Ze scyzoryka i starego telewizora skonstruował w ciągu nocy radiostację i powiadomił swoich kolegów, którzy do rana wydrukowali prawdziwe mapy i niemalże w ostatniej chwili ocalili McGyvera od niechybnej śmierci, no a rezerwatowi w Pysznej przedłużyło to żywot o co najmniej rok.