Mnie skały zaś nie dosyć (J. W. Goethe, Faust)

Numer 20, luty 2003

 

 

 

Walne Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze SKT

 

odbędzie się w czwartek, 27 lutego 2003 r. o godzinie 17:30, w zwykłym miejscu, tj. w sali konferencyjnej Zarządu Głównego PTTK, Senatorska 11, I piętro!

Mamy 50 lat !

 

* * *

 

Rok 2003 jest dla Klubu szczególny: 22 kwietnia kończymy 50 lat. Dniem obchodów będzie czwartek, 8 maja 2003 r. Główne punkty obchodów to:

 

  1. Msza Święta w kościele środowisk  twórczych (pl.  Teatralny), godz. 17.
  2. Spotkanie w Klubie (godz. 18:00), połączone z prezentacją wystawy fotograficznej „z życia Klubu” oraz prelekcją slajdowo-muzyczną (Kacper Miklaszewski, Karol Radecki).
  3. Piknik w ogrodach „Resursy” (Krakowskie Przedmieście 64), godz. 19.
  4. W niedzielę 11.V uroczyste spotkanie w naszej chacie w Ławach, godz. 13.

 

Zachęcamy te Koleżanki i tych Kolegów, którym pozwala na to ich sytuacja finansowa, do sponsorowania uroczystości jubileuszowych. Do przyjmowania wpłat na ten cel została przez Zarząd upoważniona Mirka Kardacz. Informacji o tym, na co mogą być przeznaczone pieniądze udzieli Mirka albo Prezes Klubu, Elżbieta Jaworska.

 

* * *

 

· K2. Uda się następnym razem! Wspominamy pioniera himalajskich wypraw zimowych, Andrzeja Zawadę. Składamy hołd Jego pamięci! Przeczytajmy, co pisze inicjator pierwszego zimowego przejścia przez Zawrat (1894), Jan Grzegorzewski:

Pomijając bezwzględną potrzebę duszy i w ogóle pobudki osobiste, oraz względy naukowe, sprawa wycieczki mojej musiała być tak postawiona: prędzej czy później należało komuś z polskiej strony przejść Tatry zimą.  Konieczność ta dopóty przedstawiałaby się co roku naglącą wobec nauki, społeczeństwa i aspiracyj duchowych człowieka, dopóki nie została by dokonaną. Szło tylko o inicyatywę. Jeżeli piszącemu te słowa daną była możność przejść Alpy, Bałkany, Himalaje, Tien-Szau i Kueń-Łuń, to jużci bardziej niż ktokolwiek inny miał on prawo i obowiązek przejść Tatry w porze zimowej. A jeśliby kto mniemał, że już nie to prawo i nie ten obowiązek, ale i owa konieczność nie ciężyła w jednakiej mierze na reszcie uczestników wyprawy mojej, to może zechce pamiętać, że pewna szczypta heroizmu, pogarda śmierci, męstwo, wytrwałość i cała ta suma podniosłych uczuć i wrażeń, jakie dały Tatry zimą, nie są czynnikami zbytecznemi dla społeczeństw ludzkich, a naszego w szczególności.

· Dla nas wszystkich owa „bezwzględna potrzeby duszy” to oczywiste pojęcie. Dlatego chodzimy w góry. Dla takich osób jest nasz Klub. Był, jest i będzie.

 

* * *


Walne Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze:

27 lutego, 17:30

¯ Uwaga: o wpół do szóstej, nie o szóstej!

 

* * *

 

·         Młoda dama wzbrania się przed Staszkiem Wrońskim! Stanisław Wroński obchodził pięćdziesięciolecie pracy na Politechnice Warszawskiej. Z tej okazji współpracownicy  (byli i aktualni) wydali książkę o nim. Zwraca uwagę opowieść pewnej pani, jak to Profesor zaproponował jej wspólny spacer. Wzbraniałam się jak mogłam. Przecież z Profesorem nie ma żadnego spaceru. On po prostu biegnie. (...) Przyszłam wykończona.

·         Lucjan Woźniak zwrócił uwagę na znaczne ograniczenie roli przodowników GOT. Przodownik nie może już prowadzić wycieczek ani obozów, co deprecjonuje w ogóle całą Górską Odznakę Turystyczną.

·         17 stycznia w wiadomościach telewizyjnych redaktor z wyraźną dumą powiedział, że w 2002 roku po  wygranej Małysza pod Krokwią dopuszczalny poziom hałasu został przekroczony 850 razy. W tym roku Małysz przegrał, a hałas się zwiększył. Zwierzynie świecono jeszcze halogenami po oczach. Czyżby nie dało się już uratować Tatr przed zadeptaniem, zaśmieceniem i macdonaldyzacją?

·         Leciałem w listopadzie samolotem do Zurychu. Zaraz za Warszawą, po osiągnięciu wysokości przelotowej (ok. 10 km), z okienka można było (wprawnym okiem!)  zobaczyć Tatry.  Widać było charakterystyczne obniżenie na wschodzie ku przełęczy Zdziarskiej, stok ze Świnicy ku przełęczy Świnickiej i bardzo wyraźnie Czerwone Wierchy z Małołączniakiem.  Pamiętajcie w razie czego: przy kursach na zachód,  proście o miejsce po lewej stronie samolotu. Wrażenie jest niesamowite!

·        Tragedia z lawiną z Rysów, która porwała 13 osób, w większości uczniów, przypomniała nam po raz kolejny, że góry są piękne, ale groźne i uczą nas pokory. Łączymy się w bólu z bliskimi ofiar.

 

* * *


Na pięćdziesięciolecie pokaż nam, czyje żeś dziecię !!

Z okazji 50-lecia Klubu próbujemy odtworzyć nasze drzewo genealogiczne! Każdy z obecnie aktywnych członków Klubu musiał mieć „rodziców”: osoby wprowadzające. Przypomnij sobie swoich wprowadzających. Jeśli nie pamiętasz, to podaj, przez kogo trafiłeś/aś do SKT. Mamy nadzieję dotrzeć do naszych korzeni. Jeśli masz kontakt z mniej młodym (niż Ty) członkiem SKT, to zapytaj go/ją o jego/jej osoby wprowadzające. Pamiętaj tylko, że musisz uzyskać zgodę na podanie tych danych do wiadomości wszystkich. Nie zawiedź! Od tego, czy Ty, tak właśnie Ty (nie oglądaj się, to do Ciebie!),  przypomnisz sobie, zależy powodzenie naszej akcji. Potem sporządzimy odpowiedni wykres. Wysyłaj informacje do Ireny Kozłowskiej albo do Redakcji  

 

* * *

 

Sylwester na Chochołowskiej. Obóz trwał od 26 XII 2002 do 1 I  2003. Kierowniczką była Joanna Konopska.  Oficjalnie wzięły udział 22 osoby, ale w sumie przewinęło się ok. 30. Przeciwności losu uniemożliwiły wyjazd m.in.  Krysi Kaczarowskiej i Ani Milewskiej, która złamała rękę (w tramwaju).

Już tradycyjnie mieliśmy do dyspozycji całe trzecie piętro w schronisku  z 22 miejscami, a na dodatek jeszcze w wieczornych posiadach uczestniczyła damska czwórka, goście z Gdańska, oraz Marta z towarzystwem, która jako Nowy Roczek w balowej sukni weszła na przełęcz.

Był to obóz pod znakiem lodu. Pogoda, mimo łagodnej, lecz zmiennej temperatury nas nie rozpieszczała. Wiatry i ślizgawica -  głównie na drodze.  Oczywiście do pogody w noc Sylwestrową i Nowy Rok można już mieć zaufanie. Jak co roku – bezchmurna.

 Bezśnieżne góry nie stwarzały specjalnych zagrożeń więc i na  „Złote Jajo” nikt specjalnie nie zarobił, chociaż towarzystwo po górach dzielnie biegało, w znacznej mierze w poszukiwaniu zasięgu telefonów komórkowych.

 

* * *

 

Andrzej Krasiński proponuje obóz w Tatrach Słowackich:

1) Od 2 do 9 sierpnia 2003 w Podbańskiej, w domkach wynajętych w całości, opis http://www.intersea.sk/slovensko.htm  (domek na 13 miejsc), http://www.liptov.sk/podbanske/index.html (domek na 8 miejsc + 5 u sąsiada). Każdy z nich ma sypialnie na 3-4 osoby, WC, samoobsługową kuchnię i salonik z kominkiem. W pierwszym domku opłata wynosi 2000 koron (ok. 200 zł) za cały domek, tzn. 250 koron na osobę przy maks. obsadzeniu, za noc, w drugim 290.

2) Od 9 do 17 sierpnia u prywatnego gospodarza w Tatranskej Strbie. Tu trzeba rezerwować pokoje indywidualnie. Domek ma pokój 4-osobowy, pokój 3-osobowy i 2 pokoje 2-osobowe, osobna kuchnie z wyposażeniem dla gości i kominkiem, łazienka wspólna z gospodarzami. W razie nadmiaru chętnych można wynająć pokój u sąsiada.  

Zgłoszenia najlepiej przez email: akr@camk.edu.pl,  andrzej.krasinski@netlandia.pl albo telefonicznie 641 98 54 (rano i wieczorem),  691 877 212 (w ciągu dnia - komórka) .

 

* * *

 

Lucjan Woźniak zaprasza w 2003 roku na następujące obozy:

  1. Kotlina Kłodzka, 26 kwietnia ­– 5 maja 2003; zapisy do 13 marca, kaucja 250 zł. Trzy szczyty do Korony Gór Polski.
  2. „Między Myślenicami a Nowym Targiem”, 14 czerwca – 23 czerwca 2003, zapisy do 8 maja, kaucja 250 zł. Spełnia wymogi wycieczki na dużą GOT. Trzy szczyty do KGP.
  3. Słowacki Kras (jaskinie!), 8 sierpnia – 18 sierpnia 2; zapisy do 24 lipca, kaucja 250 zł.
  4. „Bieszczadzka jesień”, 12 września – 21 września 2003, zapisy do 31 lipca. Kaucja 250 zł. Jeden szczyt do KGP (Tarnica, 1348 m.). 

 

* * *

 

Otrzymaliśmy następujący list od Anny Żbikowskiej:

Miło mi powiadomić Koleżanki i Kolegów, że dnia 13 maja 2002 roku zdałam egzamin na przodownika turystyki górskiej z uprawnieniami na Beskidy Zachodnie.

Jednocześnie korzystam z gościnnych łamów „Wiadomości”, aby podziękować Kolegom, którzy do mojego sukcesu bardzo się przyczynili: Jackowi Bauerowi za wypożyczenie mi stosownej literatury a Lucjanowi Woźniakowi i Poldkowi Pieczyńskiemu za całą wiedzę teoretyczną i praktyczną przekazaną mi podczas Ich wspaniałych obozów.

Dziękuję wszystkim Współuczestnikom tych obozów - za wspólne pracowite dni i wieczorne „rodaków rozmowy”, za nauczenie mnie właściwego stylu, atmosfery, etosu turystyki górskiej.          

Od redakcji, w imieniu nas wszystkich: GRATULUJEMY.

 

* * *

 

Korona Gór Polski

Miesięcznik "Poznaj swój kraj" ustanowił odznakę  "Korona Gór Polski", zdobywaną w ramach Klubu Zdobywców Korony Gór Polski  (KZKGP).   Część członków SKT postanowiła zbiorowo zgłosić swój akces do KZKGP. Informacji udziela i przyjmuje zgłoszenia Lucjan Woźniak. Szczegóły w miesięczniku "Poznaj swój kraj". Zarząd SKT popiera tę akcję. Następne obozy klubowe będą tak planowane, aby w ich ramach zdobywać kolejne szczyty.

Ośmioro członków SKT złożyło deklarację do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski:  Teresa Krzakowska, Ania Żbikowska, Mirka Lewandowska, Jacek Bauer,  Jerzy Walkowiak, Grzegorz Wiśniewski, Lucjan Woźniak, Andrzej Zarembowicz. 

21 października 2001 r. zakończył akcję zdobywania Korony Leopold Pieczyński. Gratulujemy. Drugim zdobywcą KGP z naszego Klubu został Lucjan Woźniak.

 

Koronę Gór Polski tworzą: Łysica (Góry Świętokrzyskie, 612 m.),    Ślęża (samo-dzielny masyw, 718 m.), Skopiec (Góry Kaczawskie, 724 m.), Kłodzka Góra (Góry Bardzkie, 765 m.), Biskupia Kopa (Góry Opawskie, 889 m.), Chełmiec (Góry Wałbrzyskie, 869 m.), Lubomir (Beskid Makowski, 912 m.), Szczeliniec (Góry Stołowe, 919 m.), Czupel (Beskid Mały, 933 m.), Waligóra (Góry Kamienne, 936 m.), Skalnik (Rudawy Janowickie, 945 m.), Jagodna (Góry Bystrzyckie,    977 m.), Kowadło (Góry Złote, 987 m. ), Lackowa (Beskid Niski, 997 m. ), Wielka Sowa (Góry Sowie, 1015 m.), Wysoka (Pieniny, 1052 m.), Orlica (Góry Orlickie, 1084 m ), Rudawiec (Góry Bialskie, 1106 m.), Wysoka Kopa (Góry Izerskie, 1126 m.), Mogielica (Beskid Wyspowy, 1170 m.), Skrzyczne (Beskid Śląski, 1257 m.), Radziejowa (Beskid Sądecki, 1262 m.) , Turbacz (Gorce, 1311 m.), Tarnica (Bieszczady, 1346 m.), Śnieżnik (masyw Śnieżnika, 1425 m.), Śnieżka (Karkonosze, 1602 m.), Babia Góra (1725 m.), Rysy (Tatry, 2500 m.).

Komentarz Redakcji. Intencją twórców tej listy było być może umieszczenie najwyższego szczytu z każdego pasma. Co z Beskidem Wysokim i Żywieckim? Babia Góra jest zaliczana do Beskidu Wysokiego, ale jest również termin „Pasmo Babiogórskie i Jałowieckie”. Skoro w Sudetach wyodrębnione są małe grupy górskie, to dlaczego nie w Karpatach?

Komentarz nr 2. Jak wiemy, od XIX wieku istnieje pojęcie „Korony Tatr”. To Rysy, Ganek i Wysoka. Oglądane od południa rzeczywiście układają się w kształt korony, jak Trzy Korony w Pieninach.

 

* * *

 

Leopold Pieczyński przysłał tomik swoich wierszy, z których dwa załączamy.

 

Obecność

                     (tym, którzy już odeszli)

 

 

Podchodzę wolno, z ciężkim plecakiem.

Ścieżka prowadzi w skos przez urwisko.

Wspominam dawnych swych towarzyszy.

Nie ma ich ze mną, a są tak blisko.

 

 

W Górach Bialskich jesienią

 

W Górach Bialskich jesienią

Liście

Spadłe z drzew się czerwienią.

Ścieżyna wzdłuż granicy.

Trochę mgieł. Trochę słońca.

Urok górskiej włóczęgi

Można

Opiewać bez końca.

 

* * *

 

Obóz Lucjana w Kotlinie Kłodzkiej

Ostatni letni obóz SKT w sezonie 2002 znów należał do Lucjana Woźniaka. W dniach od 30 sierpnia do 8 września przez wschodnią część Kotliny Kłodzkiej prowadził następujące osoby: Dankę Mickiewicz, Teresę Krzakowską, Bogdana Darka, Grzegorza Dołgonosa i mnie. Poznaliśmy kolejno: Bardo, wschodnią część Gór Bardzkich, Złoty Stok, Góry Złote i Bialskie, Stronie Śląskie, masyw Śnieżnika, Międzygórze, a w dniu wyjazdu Kłodzko. Dla zdobywający Koronę Gór Polski atrakcją były: Kłodzka Góra, Kowadło, Rudawiec i Śnieżnik, najwyższe szczyty wyżej wymienionych grup. Lucjanowi właśnie ten obóz dał tytuł zdobywcy KGP.

(Anna Żbikowska, po skrótach redakcji).

 

* * *

 

Obóz w Dolinie Żarskiej w dniach 7-13 lipca 2002

Uczestnicy: Marta Goroszkiewicz, Krystyna Krasińska, Andrzej Krasiński (kierownik), Janina Lewicka, Małgorzata Lewicka, Jerzy Lewicki, Alina Wrońska, Stanisław Wroński, a od 8 do 11 lipca także Anna Jasnorzewska i Marcin Kuczma. W obozie miał jeszcze uczestniczyć Marcin Nazarewicz, ale został bez podania powodów zatrzymany przez straż graniczną. Uczestnicy obozu, w grupach o składzie zmieniającym się z dnia na dzień, zwiedzili wszystkie szlaki w otoczeniu Doliny Żarskiej: na Banówkę przez przełęcz Jałowiecką (z samotnym wypadem Marty Goroszkiewicz na Pacholę), trasę od Smutnej Przełęczy przez Banówkę do Przełęczy Jałowieckiej, od Smutnej Przełęczy do Rohacza Ostrego (część uczestników) albo Płaczliwego (pozostali). 10 lipca zwiedziliśmy Jaskinie Demianowskie i Zamki Orawskie, a 11 lipca weszliśmy na Baraniec (przez przeł. Żarską, z zajściem przez Goły Wierch. Bazą było schronisko w dolinie Żarskiej.

(ak, po skrótach red.)

 

* * *

 

W dniach 28 czerwca – 13 lipca 2002 roku kilka osób z SKT wyjechało z Gorzowskim Klubem Turystyki Górskiej PTTK „Sępik” na Wyspy Owcze i Islandię. Byli to: Ewa Wasiak, Ewa Nowak, Agnieszka Siwecka, Maria Walnik, Hania i Zygmunt Kudelscy. Kirownikiem wyprawy był Zbigniew Rudziński z klubu „Sępik”. Interesujące sprawozdanie z tego wyjazdu nie zmieściło się niestety w tym numerze gazetki.

 

 

* * *

 
Ubezpieczenia

Z analiz wynika, ze najlepsze warunki ubezpieczenia w zakresie działalności górskiej i skałkowej za granicą, także na Słowacji (wypadek, transport po wypadku, konieczność wezwania helikoptera, leczenie itd.) zapewnia przynależność do Osterreichischer Alpenverein. Zapisy są przyjmowane przez internet,  można też wysłać formularz zgłoszenia pocztą. Opłata roczna wynosi 41 euro , dla osób powyżej 60 lat - 30 euro; wpłaty dokonuje się przelewem po otrzymaniu legitymacji. Szczegółowych informacji udziela kol. Maciej Popko, u niego też są formularze zgłoszenia.

 

* * *


Obóz Lucjana w Górach Wałbrzyskich i Kamiennych

Anna Żbikowska

W dniach 26 kwietnia - 6 maja 2002 Lucjan Woźniak prowadził bardzo udany obóz w mało znanych Górach Wałbrzyskich i Kamiennych. W obozie wzięli udział: Danuta Mickiewicz, Teresa Krzakowska, Andrzej Zarembowicz, świeżo przyjęta do SKT Teresa Wieczorek z 12-letnim synem Wiktorem i ja.

Piękna pogoda i przyroda, wyrównane siły zespołu a przede wszystkim starannie przez Lucjana przemyślana trasa sprawiły, że udział w tym obozie był wielką przyjemnością. Korzystaliśmy z trzech baz: domu wycieczkowego PTTK w Szczawnie Zdroju (bez zniżek), schroniska PTTK „Andrzejówka” ze zniżkami oraz pokoi gościnnych sióstr benedyktynek w Krzeszowie.

Z bazy do bazy przechodziliśmy szlakiem z plecakami. Młodzież, czyli Teresa i Wiktor W. przejechali samochodem. Górskie trasy pozwoliły nam zdobyć dwa szczyty KGP: Chełmiec i Waligórę oraz zadumać się nad resztkami piastowskich średniowiecznych warowni Grodna, Radosna, Rogowca i Konradowa. Jakże odmienny los spotkał ich „kuzyna” - również piastowski zameczek Książ z XIII wieku. Od początku XVI wieku własność rodu Hochbergów, rozbudowywany aż po wiek XX. Książ jest dziś trzecim co do wielkości zamkiem w Polsce po Malborku i Wawelu. Niestety, zamkiem pustym. W czasie wojny wyposażenie Książa niszczyli najpierw hitlerowcy a potem Armia Czerwona, wreszcie po wojnie ludność cywilna.

Ostatni etap naszych wędrówek obfitował w zabytki sakralne: zespół barokowy kościelno-klasztorny w Krzeszowie, kościół gotycki z barokową plebanią w Krzeszówku, również gotycki kościół świętych Piotra i Pawła w Kamiennej Górze.

         Dla mnie największą niespodzianką był rezerwat „Głazy Krasnoludków” w kotlinie Krzeszowskiej, bardzo podobny do rezerwatów w Górach Stołowych. Podobieństwo okazało się w pełni uzasadnione, ponieważ Góry Stołowe leżą w Polsce w dwóch miejscach: w Kotlinie Kłodzkiej i właśnie w Kotlinie Krzeszowskiej. Część centralna masywu znajduje się w Czechach.

         Nasz dobry nastrój obozowy psuły dwie sprawy:

1. Kiepskie oznakowanie szlaków, brak słupków z drogowskazami w punktach węzłowych - z wyjątkiem paru „reprezentacyjnych” miejsc jak Andrzejówka czy parking przed zamkiem Książ.

2. Zła sytuacja finansowa wielu schronisk sudeckich, przedstawiona nam przez dzierżawcę Andrzejówki. Wysokie podatki nakładane przez władze gminne (niezależnie od umowy ajenta z PTTK) spowodowały, że Bacówka pod Trójgarbem i „Pasterka” już swoją puste, a  taki sam los być może czeka zadłużoną Andrzejówkę i karkonoskie „Odrodzenie”.

 

* * *

 

Alpy 2001 czyli 3 razy 4000 m

Jacek Janc

W sierpniu 2001 roku pojechałem w Alpy. W drodze do Włoch zajrzałem do Lichtensteinu (pieczątka do paszportu dostępna w Vaduz w Informacji Turystycznej - płatne 2 CHF) oraz zwiedziłem w Szwajcarii wąwóz Viamala.

Przyp. Red. W teleturniejach zdarza się czasem pytanie: jaki kraj leży całkowicie w Alpach. Prawidłową odpowiedzią jest ‘Lichtenstein’. Nawet Szwajcaria nie leży całkowicie w Alpach!

Działalność górską prowadziłem z początku z miejscowości i dol. Valtourneche (camp. „Glaire”). Dla rozgrzewki wszedłem najpierw na szczyt Gran Someta, 3166 m. Później po noclegu w schronisku Teodulo wszedlem na Breithorn - 4165 m. Następnie przeniosłem się do Parku Narodowego „Gran Paradiso”. Z Pontu wszedłem na Gran Paradiso (4061 m.), nocując w schronisku Wiktora Emanuela II. Po odpoczynku koło Courmayer (camp. Traonchey) przejechałem w  rejon Chamonix, do wsi Montroc (bardzo dobry camping, nie ma tłoku, tanio, ciepła woda w prysznicach non stop i za darmo!). Po poprawie pogody wybrałem się na Mont Blanc. Wyjechałem kolejką z St. Gervais do Le Nid d’Aigle a dalej już pieszkom z worem 25 kg (namiot, żarcie) doszedłem do schroniska Gouter. Po drodze tłumy ludzi! Kuluarem spadają nie tylko kamienie, ale sam widziałem lecące buty, kask, czekan oraz różne kosmetyki. 15 sierpnia o 8 rano, mijając po drodze leżące na śniegu „pawie” wszedłem przy pięknej widoczności na Mont Blanc – 4807 m.

Na tym zakończyłem akcję górską. W drodze powrotnej do kraju zobaczyłem jeszcze Wodospady Renu koło Schaffhausen, największe w Europie. Co dalej, może Elbrus?

 

* * *

 

Łojenie na Chorwacji

Annapurna

Tradycji stało się zadość i w długi weekend majowy z ogromną przyjemnością zorganizowałam kolejny wyjazd skałkowy. Weekend majowy uznaje się za weekend otwierający sezon i w związku z tym należy jechać w skałki aby się powspinać.

Rejonów wspinaczkowych jest wiele, więc i wybór nie był taki prosty. Wiedziałam jedno – mamy już na tyle doświadczenia i tak zgraną grupę, że możemy ruszyć za miedzę na „podbój Europy”. Długo wahaliśmy się, gdzie by to miało być - w grę wchodziły rejony skalne w Austrii, Słowenii, Włoszech. Pomysł wyjazdu do Chorwacji podsunęli mi moi znajomi z Speleoklubu z Gorzowa Wielkopolskiego, którzy już tam byli i wybierali się tam ponownie. Rejon ten znany był z opowieści. Wszyscy, którzy tam byli jednomyślnie twierdzili, iż jest to wspinaczkowy raj i tam po prostu trzeba być. Wynajęliśmy busa wraz z moim kolegą Dominikiem (lub może Dominika wraz z jego busem) i ruszyliśmy w ten najdłuższy weekend Europy, by spróbować swoich sił w „dalekich zamorskich krajach”. Wyruszyliśmy w piątek wczesnym wieczorem, a na miejscu byliśmy w sobotę po południu, trasą przez Słowację i Węgry.

Miejsce do którego dojechaliśmy zupełnie nas zauroczyło. W zależności od tego, w którą stronę zwróciło się spojrzenie, miało się widok na morze lub na góry. Coś dla każdego. Do morza z naszego miejsca zakwaterowania mieliśmy aż 50 m.

Na dobry początek poprowadziliśmy 6a (nasze VI+, chociaż tak naprawdę to wycena tam jest dość ostra i należałoby dodać co najmniej pół stopnia, a w  wielu przypadkach nawet więcej). Nie ma w tym rejonie możliwości powieszenia wędki, tak jak u nas wchodząc prostszą drogą, więc wspinaliśmy się tylko prowadząc. Mnie osobiście bardzo to odpowiadało, nie jestem zwolennikiem wiszenia na wędkę i patentowania. Pierwsze dni spędziliśmy na Klanci czyli niższych skałkach, gdzie są drogi jedno- i dwuwyciągowe. Faktura tych także wapiennych skał jak w Polsce, jest zupełnie inna i należało się najpierw do niej przyzwyczaić i jej nauczyć. Tarcie jest tam dużo lepsze niż w naszym tatrzański granicie, co z jednej strony pomaga przy wspinaniu, a z drugiej przeszkadza przez dość szybkie zdzierania naskórka z palców. Do tego nie ma tam dziurek, do których jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni. Przeważnie są tam formacje żebrowe, płyty na tarcie i do wspinania w takich odmiennych warunkach musieliśmy się przyzwyczaić.

Po tych pierwszych dniach uczenia się wspinania w nowych warunkach – kiedy to przymierzyłam się do drogi o wycenie VI.2 – ruszyliśmy na Aniča Kuk (712 npm.). Jest to wyjątkowo piękna ściana, jak się później dowiedziałam jedna z największych najpiękniejszych w Europie, na której są kilkunastuwyciągowe drogi. Ściana ta oferuje całodzienną wymagającą wspinaczkę na drogach w skali od szóstki w górę. Wybraliśmy jedną z takich dróg i ruszyliśmy. Podział w prowadzeniu drogi nastąpił bez problemów. Ja chciałam prowadzić całą drogę oprócz jednego wyciągu z okropnym kominem, gdyż nie przepadam za tą formacją. Więc ku obopólnej radości każdemu było według woli. Szliśmy bardzo szybko, gdyż późno weszliśmy w ścianę. W jednym miejscu z powodu nieścisłego opisu drogi wbiliśmy się w jakiś stary wariant. Wpakowaliśmy się na jakiś okropny przewieszony, nieobity komin, no cóż... Kominy też dla ludzi, no i naparłam. To nie była „miętka gra” i dziękowałam Bogu, że spędziłam kilka miesięcy na siłowni. Pikuś miotał okropne przekleństwa nim dotarł na stanowisko, po czym ocenił, iż było to wyjątkowe „fizolstwo”. Po tej opinii byłam jeszcze bardziej zadowolona z tego prowadzenia, tym bardziej, iż pod koniec wyciągu lina już ani drgnęła, więc walczyłam w przewieszonym kominie jedną ręką ciągnąc linę, aby drgnęła o kilka kolejnych centymetrów, a drugą utrzymywałam siebie próbując zachować równowagę i pion. Uff. Następny komin na tej drodze należał do Pikusia. Był trudny, lecz krótki i bardzo dobrze obity. Ja tu szłam na drugiego, więc przypadł mi w udziale plecak. Komin był zapieraczkowy i plecak umocowałam na długiej taśmie z przodu uprzęży. W tej pozycji ważył „tonę” i w pierwszej chwili uniemożliwił oderwanie...

Dalej znowu ja na prowadzeniu. No i stało się. Trawers, nogi na tarcie, chwyt zbyt słaby i ... Po kilku sekundach dotarło do mnie, że żyję, ale ból w nogach nie pozwolił na stanięcie. Działo się to tak szybko, że adrenalina nie zdążyła mi się podnieść. Moja mocna psyche nie pozwoliła mi na atak histerii i próby wycofania się z drogi lub wezwania pomocy. Poszliśmy dalej, lecz ja już z ogromnymi problemami się poruszałam, kolana prawie w ogóle odmówiły współpracy i każdy krok był okupiony ogromnym bólem, a przed nami było jeszcze kilka wyciągów, zejście z góry i powrót na pole. Wspinanie miałam już z głowy na kilka miesięcy i generalnie dalsza część wyjazdu upłynęła pod znakiem typowego wypoczynku. Miałam okazję po wielu latach sprawdzić, jak to jest na plaży.

W jednym z moich dzielnych plażowych dni zorganizowane zostały  zawody wspinaczkowe na czas, później jeszcze jeden dzień wspinania i nadszedł czas odjazdu.

Wracaliśmy wybrzeżem. Droga wiodła nad samym morzem przy górach. Raz na wysokości plaży, raz kilkaset metrów nad wodą. Podziwialiśmy piękne białe wapienne wyspy wśród błękitnej wody. Droga godna polecenia dla każdego kto się wybiera do Chorwacji. Warto poświęcić trochę czasu i ją zobaczyć. Przywieźliśmy z Chorwacji cudowne wspomnienia bardzo mile spędzonych dni. Sądzę i jednocześnie mam nadzieję, iż się jeszcze tam pojawimy. 

 

* * *

 

O tym,  co zobaczyłam w jaskini!!!

Annapurna

Zawsze powtarzałam, iż w jaskini to mokro, zimno, brudno i robaki i za nic tam nie wejdę. Ale zawsze również uważałam, iż „nigdy nie mów nigdy”. Zaczęło się niewinnie. Podczas któregoś listopadowego wyjazdu w zeszłym roku, kiedy to pogoda w górach ani zimowa ani letnia, zaproponowano mi małe wyjście do jaskini. Miała być Lodowa w Ciemniaku, lecz pogoda nie pozwoliła na dojście do niej więc po zmianie planów poszliśmy do Wodnej pod Pisaną. Wejście do jaskini jest wprost ze szlaku w Dolinie Kościeliskiej, więc zawsze znajdzie się kilku gapiów, którzy stoją i podziwiają odważnych i dzielnych grotołazów. A my ze względu na wielkość i umiejscowienie wejścia do jaskini padliśmy na twarz (bynajmniej nie w przenośni) i wpełzaliśmy do niej zgarniając jednocześnie własnym ciałem pokłady błota. Jaskinia jest pozioma i nie zbyt duża więc trochę poczołgaliśmy się po korytarzu, potem weszliśmy w korytarz, którym płynie potok (przypominam, iż to listopad), a woda miała całe DWA stopnie. Kiedy woda zaczęła nam sięgać do ramion stwierdziliśmy, iż na dzisiaj kąpieli wystarczy i wyszliśmy. Wyjście jest usytuowane przy jednym z mostków nad potokiem w dolinie, gdzie znowu trafiliśmy na widzów naszego dzielnego wyczynu. Dokonanie tego przejścia może nie było to szczególnie wymagające, ale liczyły się wrażenia, które miały wpływ na moje dalsze poczynania.

W lutym już zaproponowano mi coś o wyższym stopniu trudności. Była to Jaskinia Miętusia. Dojście do niej ze względu na rekordowe opady śniegu było dość męczące. Trzeba było całą dolinę przetorować w śniegu do pasa, a była nas tylko trójka w tym dwie dziewczyny. Starczyło zarówno chęci, jak i sił – i tylko do jaskini weszliśmy już na lekkim zmęczeniu. I tu się zaczęło. Początek jaskini to bardzo długi, wąski i opadający w dół korytarz. 120 metrów czołgania się w dół. Ten sam korytarz należy przy wyjściu pokonać jeszcze raz tym razem jednak pod górę. Bardzo długo będę to pamiętać. W samej jaskini przeszliśmy tylko niewielką część korytarzy, ale miałam okazję sprawdzić swoją reakcję w trochę trudniejszej dziurze. Wyszłam z próby zwycięsko.

Kolejna jaskinia w jakiej byłam, to już nie były żarty. Zasadniczo pojechaliśmy się wspinać w Tatry, a sprzęt do jaskini wzięliśmy na wypadek braku pogody. Niestety wypadek się ziścił, więc uderzyliśmy do jaskini. Była to Jaskinia Czarna, a my postanowiliśmy zrobić jej trawers, czyli przejście jej ciągiem głównego korytarza. Czarna jest jaskinią pionową, więc poruszaliśmy się głównie w górę i dół. Czyli zjazdy i wspinaczka na zmianę. Zjazdy robią ogromne wrażenie pod względem estetycznym, kiedy to zjeżdża się w kompletnie czarną czeluść, której końca nie widać. Nie jest to dla osób o słabej psychice. Potem wspinaczka. W jaskini działa się w kaloszach i wspinanie się w takim obuwiu po ścianach, po których płynie woda w kompletnych ciemnościach przy czołowym tylko oświetleniu jest już nie lada wyczynem. Dowodem na trudność takiej wspinaczki może być czas, jaki jest potrzebny aby pokonać te 800 m jaskini. My w czteroosobowym zespole potrzebowaliśmy na to przeszło siedmiu godzin. Tak, tak, to nie jest pomyłka: osiemset metrów jaskini w prawie osiem godzin. To mniej więcej winno przybliżyć stopień trudności poruszania się po jaskiniach. Chodzenie po jaskiniach (oczywiście nie to turystyczne) jest chyba dużo cięższym sportem niż wspinanie powierzchniowe. I chyba wymaga większej psyche. Tu najmniejszy błąd kosztuje dużo więcej, gdyż nie można wezwać pomocy. Jest się głęboko pod ziemią i nikt nas nie usłyszy, telefony nie działają i tu nie ma możliwości wycofania się jest najczęściej tylko jedna droga: do przodu. A jednak w tym coś jest. Może to te wszechogarniające błoto, zimno, ciemno? Woda płynąca ciągle po ścianach? Może potworne zmęczenie po wyjściu z jaskini i ogromna satysfakcja ze zrobienia czegoś trudnego i ciężkiego?

 

ËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËË

 

WSPOMNIENIE O ZDZISłAWIE RACZKOWSKIM (1930-2002)

         „Tej jesieni już nic nie namaluję. Lato było za gorące i za suche, zielone liście uschły i opadły, nie będzie pięknych barw jesiennych”. To słowa naszego kolegi Zdzisława Raczkowskiego, zmarłego 18 września 2002 r., po zmaganiach z nieuleczalną chorobą, białaczką szpikową.

         Zdzisław Raczkowski był członkiem Stołecznego Klubu Tatrzańskiego od przeszło trzydziestu lat. W późnych latach 60-ych brał udział w wyprawach SKT w Alpy Julijskie. Kochał Tatry, trochę się wspinał, jeździł na nartach, starał się być w Tatrach każdego roku. Ostatnio był w Zakopanem we wrześniu 2001 r. Już nie mógł wchodzić na szczyty (miał wszczepione bajpasy), ale je malował. Malował też chałupy i szałasy. Najstarsze chałupy w Chochołowie zostały przez Niego, jak mawiał skromnie, „zinwentaryzowane” w kolorze, w barwach wiosny i jesieni na Jego akwarelach. „Ocalić to, co piękne ze starej architektury od zapomnienia” - to cel Jego ponad dwudziestu lat działalności.

         Kochał też Puszczę Kampinoską. Przemierzał ją pieszo,  na nartach śladowych i na łyżwach (po kanale Łasica). Ostatnio byliśmy wraz z Jego kolegami szkolnymi, we wrześniu 2001 r. w Palmirach. Swój wymarzony dom, przez siebie zaprojektowany i prawie własnoręcznie wybudowany postawił na obrzeżu Puszczy Kampinoskiej, w Dąbrowie Leśnej. Był też zamiłowanym kajakarzem, przez wiele lat w czerwcu brał udział w spływach po Krutyni.

         Z zawodu był architektem, autorem wielu projektów domów mieszkalnych i budynków użyteczności publicznej, a także sakralnych (m.in. kościoła w Łomiankach), działał w SARPie, wyjeżdżał na wspólne plenerowe malowania z kołem „Plener”.

         Był lubiany, bardzo towarzyski. Utrzymywał kontakt z kolegami szkolnymi z Radomia, skąd pochodził i gdzie ukończył szkołę podstawową i liceum. Jego rodzice byli pedagogami; ojciec uczył w radomskim liceum chemii. Bardzo przeżył śmierć matki, zmarłej w ubiegłym roku. Pochowany został w Radomiu, na cmentarzu przy ul. Limanowskiego, w grobie rodzinnym.

         W październiku zwykle zapraszał nas na coroczne wernisaże, organizowane u Architektów przy Foksal. Podziwialiśmy renesansowe kościoły Kazimierza, ruiny zamczyska w Janowcu, secesyjne wille, drewniane kapliczki, szałasy i chałupy góralskie. Utrwalał piękno zachmurzonych tatrzańskich szczytów i wyniosłość Eigeru na pastelowych akwarelach. Wybrane Jego prace i innych  członków klubu „Plener” były wystawione w maju 2001 r. w Zamku Królewskim w Warszawie.

         Odszedł niespodziewanie, choć wiedzieliśmy, że zmagał się z nieuleczalną chorobą od pół roku. Bardzo będzie nam Go brakowało. Pozostanie wśród nas, w naszej pamięci i w każdej zatrzymanej chwili na Jego obrazach.

Agnieszka Siwecka, 17.10.2002 r.

 

ËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËËË

 

WSPOMNIENIE O RYSZARDZIE POŁOŃSKIM (1925-2002)

 

         Na Starych Powązkach 12 września 2002 roku pożegnaliśmy naszego kolegę Ryszarda Połońskiego. Umarł nagle,  8 września, po krótkiej chorobie. Znali Go tylko najstarsi członkowie Klubu  i blisko z nim zaprzyjaźnieni. Był jednym z  członków założycieli  Stołecznego Klubu Tatrzańskiego w 1953 r.

         W okresie okupacji uczęszczał na tajne komplety, był  też członkiem „Szarych Szeregów”. Po wojnie ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, na Wydziale Chemii. Pracował przez wiele lat, aż do przejścia na emeryturę, w Państwowym Instytucie Geologii.

         W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych był czynnym turystą górskim. W latach 1966 i 1967 r. uczestniczył w wyprawach SKT w Alpy Julijskie, a w 1969 r. był w Durmitorze, w Czarnogórze. W Alpach Julijskich wszedł  z przełęczy Predel (1196 m.) na wierzchołek Mangartu  (2679 m) w moim towarzystwie.

         W latach siedemdziesiątych zwyrodnieniowe zapalenie stawów i nieudana operacja stawu biodrowego uniemożliwiły mu czynne uprawianie turystyki górskiej. Zaczął wówczas grać w szachy i osiągnął w tym wysoki poziom.

          Jako wielbiciel Tatr doskonale znał szlaki i nazwy szczytów, zgromadził bowiem bogatą literaturę o tematyce górskiej. Jego życzeniem było przekazanie tych książek członkom SKT.

         Bardzo lubił Puszczę Kampinoską, szczególnie okolice Pociechy i Roztoki. W Roztoce Jego ulubiona trasa to spacer do starych dębów. Ograniczony w możliwości poruszania się pieszo  odbywał wycieczki krajoznawcze swoim Trabantem po Polsce, a w Puszczy do Piasków Królewskich, Brochowa, Żelazowej Woli i Kampinosu. Towarzyszyłem mu w tych jego wycieczkach; od wyjazdów  w Alpy Julijskie był moim przyjacielem. Ostatnią wycieczkę odbyliśmy razem na Uroczysko Młociny  17 sierpnia 2002 roku.

         Interesowały go sprawy Klubu, czytał nasze  „Wiadomości”, opisał kilka swoich górskich przygód. Ostatnia Jego wizyta na Senatorskiej przypadła w czwartek - w wieczór  przedwigilijny, w grudniu 2001 r.

         Odszedł nagle. Pozostanie w mojej pamięci jako mój serdeczny przyjaciel, a także jako dawny organizator turystyki górskiej, miłośnik gór, zwłaszcza Tatr i wielbiciel Puszczy Kampinoskiej.

Zbigniew Boguszewski      

 

ÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎÍÎ


 

W Tatrach Zakopiańskich

V Ryszard Połoński

 

Mój pierwszy kontakt z Tatrami miał miejsce na początku lat pięćdziesiątych. Do Zakopanego przyjechałem w towarzystwie Matki, która zamieszkała w pensjonacie przy ulicy Chałubińskiego; ja urządziłem się w pobliskim schronisku im. Ks. Stolarczyka. Pierwszą wycieczkę  odbyłem na Halę Gąsienicową. Na Skupniowym Upłazie zobaczyłem szafirowy kielich goryczki krótkołodygowej. Przez Karczmisko doszedłem do schroniska góralskiego Bustryckich. Budynek ten (podobnie jak schronisko Stolarczyka) już dawno nie istnieje.

Widok sprzed schroniska zajął mnie tak, że dalej już nie poszedłem. Mur skalny nad zieloną doliną z wyróżniającymi się piramidalnymi sylwetami szczytów zrobił na mnie silne wrażenie. Może to właśnie wtedy to wszystko się zaczęło. Może to właśnie wtedy została mi wszczepiona potrzeba widoku wyżynnego, potrzeba przebywania jak najbliżej gór we dnie i w nocy. Odtąd już zawsze musiałem mieszkać w schroniskach, w środku gór.

Na Halę powróciłem następnego roku. Tym razem zakwaterowałem się w nowym schronisku - Murowańcu i zostałem umieszczony na sali ogólnej, tj. w „Trumnie”. Tu o „Trumnie” słów kilkoro. Kto nie pędził życia schroniskowego w braterstwie sali ogólnej, ten nie znał może szacownego zabytku. Była to więc przestrzeń pod kalenicą dachu schroniska, skąpo oświetlona rzędami okienek, przerobiona na salę noclegową z bliżej nieokreśloną liczbą miejsc. Łóżka, przeważnie nie piętrowe (z braku miejsca) dzieliły się na „dobre” i „złe”. Dobre miejsca znajdowały się w bliskości okienek i ustawionych na nich stołów. Łóżka w ciemnych kątach były nieprzyjemne zwłaszcza w okresie niepogody, kiedy siłą rzeczy cześć dnia spędza się na posłaniu. Oprócz łóżek i stołów sala była umeblowana pewną liczbą taboretów, służących w nocy do składania ubrania, a w dzień jako podstawa pod plecak.

Pierwszą wycieczkę zaplanowałem jeszcze w domu. Chciałem ujrzeć Czarny Staw pod Kościelcem z góry, z przełęczy Karb. Przy okazji obejrzałem jeszcze Zielony Staw Gąsienicowy. Kolejnym celem był Kościelec.

Następnego dnia ujrzałem przez okno dolinę pokrytą warstwą świeżo spadłego śniegu. To spowodowało, że wycofałem się w popłochu do Zakopanego. Po drodze przemokły mi nogi (turyści nosili wówczas trampki), co do reszty zepsuło mi humor i pierwszym pociągiem wróciłem do Warszawy. Resztę urlopu spędziłem w Kazimierzu nad Wisłą.

W następnych latach byłem lepiej wyekwipowany i wybierałem śmielej cele wejść szczytowych.

 

ËËËËËËËËËËËËËËË

 

  Od Redaktora

Bardzo przepraszam wszystkich za długą przerwę w wydawaniu „Wiadomości”. Jak zauważyliście, w tym numerze jest sporo materiału o wyjazdach sprzed roku. Nie chciałem, by teksty się zmarnowały i by wydarzenia uległy zapomnieniu. Opóźnienia będę stopniowo nadrabiać. Piszcie, naprawdę piszcie!

Polecam już następny numer „Wiadomości”, który ukaże się z datą 22 kwietnia 2003 roku i będzie upamiętniał pół wieku istnienia Klubu. W numerze tym między innymi:  historia chat Klubowych, poczet prezesów, dlaczego SKT się tak nazywa, wspomnienia „SKT z oddali”, słowo o tych, którzy odeszli, dokumenty z teczki Andrzeja Niesiołowskiego, konkurs na znajomość Tatr, artykuł „Kiedy byliśmy w Europie” (na tematy aktualne, ale bez żadnej agitacji na temat wejdą, nie wejdą), zaduma nad oscypkiem, wiersze, wypowiedzi „jak trafiłem do SKT”, sprawy bieżące i inne atrakcje. 

Michał Szurek,

tel (22) 664 5984, 608 500 272,

szurek@mimuw.edu.pl